Ania Kuczyńska należy do tej grupy polskich projektantów, którzy są obecni na rynku mody już od ponad dwóch dekad. Dużo czy mało? Jak na nasze realia – to prawdziwy wyczyn. Kuczyńska ukończyła rzymską Accademia Internazionale d’Alta Moda e d’Arte del Costume Koefia, szkołę silnie związaną z tradycją włoskiej alta moda. Jak sama wspomina, nauczyła się tam kreatywności, szybkiego podejmowania decyzji, dbałości o szczegóły oraz prezentowania własnej pracy. Po Rzymie dostała się do ESMOD — paryskiej szkoły prêt-à-porter. Tam z kolei nauczyła się syntetycznego myślenia, paryskiej elegancji i ciężkiej pracy. Obie szkoły dały jej skrajnie różne doświadczenia i narzędzia, które do dziś wykorzystuje w swojej pracy.
Trudno zaprzeczyć, że marka Ania Kuczyńska to nie tylko moda, lecz także pewien styl życia. Jak sama Ania mówi: „Moje ubrania opowiadają historię. Kolekcje są inspirowane podróżami, literaturą, miłością i bohaterami, którzy mnie fascynują”. Mnie natomiast od lat fascynuje Ania, którą mam przyjemność znać zarówno zawodowo, jak i prywatnie. Dlatego z wielką przyjemnością zapraszam do lektury naszej rozmowy. A kto zna Anię, ten wie, że o swojej sztuce może mówić bez końca.
Przetrwać ponad 20 lat w polskiej modzie i nie stracić własnej tożsamości to wyczyn niemal heroiczny. Czego ta branża nauczyła cię o tobie samej jako przedsiębiorczyni?
Jestem dobrym przykładem osoby, która podąża za marzeniami. Zawsze chciałam zostać projektantką mody i nią zostałam. W momencie, w którym podjęłam tę decyzję, nie do końca byłam świadoma tego, co robię. Wiesz, kompletnie się do tego nie przygotowałam. Nie miałam żadnego biznesplanu ani niczego podobnego. Po prostu postanowiłam robić to, co kocham i czuję. I właśnie z tego, co robię i czuję, wyrósł mój biznes. Dlatego myślę, że najważniejsze jest przekonanie o własnej wartości, wiara we własne pomysły i pozostawanie w tym w pewien sposób radykalnym. To właśnie świadczy o autentyczności, która jest podstawą.
Twój styl to unikalny miks: z jednej strony chłodny, surowy minimalizm, z drugiej — głębokie nawiązania do polskiego folkloru oraz wyraźne, południowe, włoskie inspiracje. Jak w twojej głowie i sercu łączą się te z pozoru odległe światy: polska melancholia, francuski minimalizm i włoskie słońce?
Myślę, że właśnie o tym opowiadam w każdej kolekcji. Wychowałam się tutaj, jestem warszawianką i bardzo mocno czuję się związana z tym miastem oraz z Polską. Równie ważne są jednak dla mnie historie równoległe: czas moich studiów, dorastania, nauki włoskiego i studiowania za granicą. Jestem bardzo mocno zakorzeniona w Warszawie, ale tak samo czuję się zakorzeniona na Sycylii, w Toskanii czy w Paryżu. Z jednej strony pamiętam czas komunizmu, a z drugiej – pamiętam Zachód. To specyficzny filtr, który mam w głowie, ponieważ wszystko, co widzę, gdziekolwiek jestem, przepuszczam przez pryzmat projektowania.
Polska, Włochy i Francja – każde z tych miejsc daje mi coś od siebie. Moje projekty są pewnego rodzaju historiami. Są osobiste i opowiadają o różnych rzeczach, sytuacjach, ludziach oraz wszystkim tym, co składa się na moją markę i na mnie samą.
Nie tworzysz wyłącznie ubrań, lecz cały styl życia. Twój butik jest doświadczeniem sensorycznym — zapach Terra, starannie dobrana muzyka i unikatowe dodatki mieszają się z ekscentrycznymi elementami wystroju, takimi jak kultowy Zydel. Czy od początku wiedziałaś, że sama moda to dla ciebie za mało i że chcesz projektować cały świat wokół swoich klientów?
Moim największym guru jest Giorgio Armani. Pamiętam doświadczenie sprzed wielu, wielu lat, kiedy po raz pierwszy odwiedziłam sklep Armaniego. Była tam kawiarnia, sklep z muzyką, kwiaty, czekoladki i właściwie wszystko, co tworzyło, i nadal tworzy, świat jego marki. Już wtedy ta spójność niesamowicie mnie zachwyciła.
Myślę, że jeżeli jest się twórcą i osobą wrażliwą, cały świat takiej osoby jest dosyć specyficzny. Nie można ograniczać się wyłącznie do produkowania jednej rzeczy. Dlatego współpracowałam z Kristoffem i marką YES, a teraz zainteresowałam się perfumami. Chcę, żeby świat, który pokazuję, był doświadczeniem obejmującym wszystkie zmysły.
Jesteś jedną z matek założycielek sukcesu ulicy Mokotowskiej — to od twojego butiku zaczęła się tam moda na autorski design. Potem przeniosłaś się na Rozbrat, w zupełnie inny, bardziej zielony i kameralny klimat. Jak warszawska architektura i topografia wpływają na funkcjonowanie twojej marki?
Mój butik był pierwszym butikiem modowym przy Mokotowskiej. Wtedy w miejscu Lukullusa działał warzywniak, a zamiast Kukułki był sklep z linami i różnego rodzaju szczotkami. To było bardzo ciekawe. Urodziłam się w Śródmieściu, dlatego ważne było dla mnie to, że mogłam do niego powrócić w innej formie. Tym bardziej że bardzo mocno czuję tę część Warszawy. Natomiast pierwsze kroki w handlu detalicznym stawiałam właśnie na Powiślu, dlatego powrót do tej dzielnicy jest dla mnie ciekawym doświadczeniem. To bardzo kameralne miejsce. Pewnego rodzaju wyspa, która pokazuje, gdzie jestem i gdzie chcę być jako projektantka mody. Bo przecież nie do końca lubię i chcę być ustawiana w jednym szeregu z innymi. Czasami lubię być z przodu, czasami na równi, a może niekiedy nieco z tyłu. Widzę siebie jako wolny atom.
Myślę, że Rozbrat jest miejscem, które aktualnie ze mną rezonuje. Jest tam zapach, są meble, cała koncepcja i historia. Wiesz, dlaczego coś wygląda tak, a nie inaczej. Dlaczego coś jest białe, dlaczego pojawiają się meble z gór — nie ma tam niczego bez powodu. Sklep przy Mokotowskiej był inny, ponieważ sama przestrzeń i jej otoczenie również były inne.

Twoje legendarne bawełniane shoppery i kominy były na przełomie pierwszej i drugiej dekady XXI wieku absolutnym must-have’em każdego „modowego freaka” w Polsce. Jak z perspektywy czasu patrzysz na tamten boom? Czy projektując je, spodziewałaś się, że stworzysz miejski uniform?
Oj, torba Szanghaj po prostu mnie wyniosła. Tak, myślę, że ten projekt rzeczywiście mnie wyniósł. Spowodował, że zaczęłam funkcjonować jako projektantka w świadomości większej liczby osób, i jest to niezwykle satysfakcjonujące. Do dziś jest to produkt, którego właściwie w ogóle nie reklamujemy, a on cały czas się sprzedaje. Wciąż pojawiają się nowe osoby i kolejne pokolenia, które noszą te torby: „bo moja mama nosiła”, „bo moja ciocia nosiła”, „bo moja koleżanka ją miała”. To niezwykle satysfakcjonujące. Czuję niemal wdzięczność za ten trend, którym stał się mój projekt. W pewien sposób jest on obecny w miejskiej tkance do dziś.
Zamiast klasycznych pokazów mody wybierasz wystawy, instalacje i formy konceptualne. Dlaczego tradycyjny wybieg przestał ci wystarczać? Czego brakuje klasycznym pokazom, a co dają ci bardziej artystyczne formy prezentacji?
Wyszłam ze szkół projektowania mody w Paryżu i Rzymie. Kiedy wróciłam do Polski, zaczęłam tworzyć kolekcje, które wyobrażałam sobie prezentować wyłącznie na wybiegu. To było dla mnie bardzo, bardzo ważne. Pamiętam jeden z moich pierwszych pokazów, który odbył się na parkingu podziemnym Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie. Freestylował tam Kaliber 44, było, nie wiem, może tysiąc osób albo coś w tym rodzaju – i nie zachowało się z tego wydarzenia żadne zdjęcie. Był także pokaz na Mokotowskiej, podczas którego wstrzymano ruch, oraz ten ze specjalnie zaprojektowanym neonem w Alejach Ujazdowskich.
Za pomocą pokazu wyrażasz nastrój kolekcji i marki. Pokazujesz cały jej świat. Z czasem uznałam jednak, że wymaga to ogromnego wysiłku energetycznego, organizacyjnego i finansowego. W pewnym momencie stwierdziłam, że nie jestem w stanie dłużej tego robić, ponieważ wolę wyrażać się w inny sposób – może bardziej spokojny, może po prostu odmienny.
Dziś o wiele bardziej czytelne są dla mnie prezentacje, w których odkrywam własny świat. To najbardziej kompletna forma wyrażania siebie jako projektantki. Bardziej odnajduję się w opowiadaniu całej historii, w pleceniu tego warkoczyka. Jest to dla mnie zawsze bardzo ciekawe i interesuje mnie nieco bardziej niż pokaz, będący szybką, ulotną emocją. Myślę, że wynika to po prostu z mojej ewolucji.

Twoje kampanie są często poetyckimi, niezwykle klimatycznymi sesjami zdjęciowymi. Jak ważne są dla ciebie ruch, film i obraz w opowiadaniu historii o ubraniach?
Język mody jest językiem obrazu. Żyjemy w świecie obrazkowym. Nieustannie odbieramy miliony obrazów, miliony bodźców i miliony informacji – głównie wizualnych. Zajęcie uwagi ludzi, chociaż na chwilę, tym, co robisz i dlaczego to robisz, jest po prostu bardzo trudne. Podobnie jak w przypadku moich prezentacji, chodzi o łączenie nastroju fotografii i kolekcji z uniwersalnym językiem obrazu. Najnowszą kolekcję promuję nie tylko za pomocą zdjęć, lecz także ruchomego obrazu. To dla mnie bardzo fascynujący proces: od koncepcji, przez realizację, aż po ostateczny efekt.
W twojej twórczości wyraźnie widać dialog ze sztuką. Z jednej strony jest to hołd dla geometrycznego świata Kazimierza Malewicza, z drugiej — współpraca z bezkompromisowym Jakubem Glińskim. Czego szukasz w spotkaniach z tak skrajnymi artystami?
Myślę, że to całościowe podejście, które rozwijam od bardzo wielu lat, jest z mojej strony pewnego rodzaju radykalnym ruchem. Na poziomie estetycznym współpraca z innymi artystami jest dla mnie bardzo, bardzo ciekawa. Wiesz, samo spotkanie takich osobowości, ludzi mających bardzo mocno zdefiniowany własny świat estetyczny, jest piękne. To pewnego rodzaju konfrontacja, dialog i rozmowa. Wszystko to jest bardzo ciekawe. Od czasu do czasu coś szczególnie do mnie przemawia i właśnie stąd biorą się moje niecodzienne współprace.
Realizowałaś duże współprace komercyjne — między innymi z markami YES i Kristoff — na długo przed tym, zanim kolaboracje projektantów z dużymi markami stały się w Polsce modne i powszechne. Co było wtedy dla ciebie największym wyzwaniem jako pionierki? Jak patrzysz dziś na to, że moda wkracza w wiele bardzo nieoczywistych obszarów współpracy, takich jak chociażby przemysł spożywczy?
Te współprace były niesamowicie ciekawe, ponieważ wyjście poza strefę komfortu stanowiło dla mnie wyzwanie. Na co dzień projektuję przecież ubrania i akcesoria, natomiast zaprojektowanie biżuterii dla tak dużej firmy było czymś zupełnie innym. Stanowiło wielką konfrontację ze mną samą oraz z moimi umiejętnościami projektowymi. Pamiętam, że miałam w głowie całą historię. Wiedziałam, jak ta kolekcja ma wyglądać. Miały to być trzy formy: koło, trójkąt i kwadrat. Bałam się, że nikt nie założy bransoletki w kształcie trójkąta, a właśnie ona stała się bestsellerem. Ta współpraca utwierdziła mnie w przekonaniu, że projektowanie bardzo często zaskakuje. Jeżeli jednak podążasz własną drogą i masz w głowie klarowną wizję, jesteś w stanie stworzyć coś innego, konkurencyjnego i ciekawego. Masz w sobie odwagę, również mentalną, żeby zrobić coś nieoczywistego i właśnie na to postawić.
Podobnie było ze współpracą z Kristoffem. Zainspirowana wspomnieniami z dzieciństwa oraz doskonałością okręgu pomyślałam o projektach talerzy ściennych. W tamtych latach wciąż kojarzono je z PRL-em. Nawet dziennikarze pytali mnie, skąd wziął się „taki retro pomysł”.
W moim języku twórczym wybieram jednak rzeczy i sytuacje, które są mi bliskie oraz które mi się podobają. Niekoniecznie muszą wpisywać się w aktualny trend. Nie boję się proponować i tworzyć rzeczy, które — jak uważam — powinny stać się pożądane.
Twoje kolekcje nie są sezonowe — płynnie się uzupełniają, dopełniają i trwają latami. W erze fast fashion jest to niemal rewolucyjne podejście. Jak udaje ci się przekonać klientów do kupowania „mniej, ale lepiej”?
Polacy są społeczeństwem przyzwyczajonym do życia na promocji. Tak po prostu jest. Myślę, że nasz ponadtrzydziestoletni spacer przez kapitalizm jest bardzo dynamiczny. Ja natomiast jestem bardzo antykonsumpcyjna, co może wydawać się sprzeczne z tym, czym się zajmuję. W Polsce ta świadomość jest nadal niska. Nie oznacza to jednak, że nie warto o niej mówić. Warto pokazywać, podkreślać i konsekwentnie przypominać, że mniej znaczy lepiej.
Polacy, oprócz promocji, kochają również nowości. Nawet w naszym kameralnym butiku na Rozbrat pojawiają się pytania: „A co z nowościami?”, „Kiedy będą nowe rzeczy?”, „Kiedy pojawi się coś nowego?”. Staram się tłumaczyć, że moja moda nie opiera się na trendach i nowościach. Opiera się na stylu, trwałości, ponadczasowości oraz kilku innych rzeczach, które są dla mnie wartościami nadrzędnymi.

Kto jest dziś twoim klientem? Twoje projekty noszą ikony stylu, ale również ludzie szukający w modzie azylu. Projektujesz z myślą o konkretnej muzie czy raczej o pewnym stanie umysłu?
O stanie umysłu. Myślę, że przede wszystkim chodzi o stan umysłu. Projektuję z myślą o elegancji, która jest dziś pojęciem w pewien sposób zagubionym i zawieszonym w próżni. Myślę, że moja moda opowiada o poszukiwaniu kobiecości nie poprzez dosłowność, lecz poprzez pewien rodzaj przekazu. Jednocześnie jest również opowieścią o uniseksowości. Zauważ, że początek naszej rozmowy, jeszcze zanim zaczęłyśmy wywiad, dotyczył wartości metafizycznych. Głęboko wierzę w to, że każdy przedmiot ma pewien ładunek energii. Naprawdę w to wierzę. Dlatego moje ubrania mają nazwy. Dlatego kolekcje mają nazwy i opowieści, które ze sobą niosą.
Oczywiście możesz kupić i założyć sukienkę z moją metką wyłącznie dlatego, że jest dobrze skrojona i uszyta z dobrych materiałów. Jeżeli jednak chcesz, masz na to przestrzeń i ochotę, możesz wejść nieco głębiej w ten świat. Ten świat może cię dopełnić. Tak samo może cię dopełnić radio i muzyka, którą proponuję, albo zapach, który otacza cię w sklepie. Nam wszystkim brakuje czasu, drobnych przyjemności i sprawiania sobie małych radości na co dzień.
Mam nadzieję, że moje projekty po prostu sprawiają komuś przyjemność i pozwalają na moment zatrzymania, relaksu oraz docenienia tego, że ma się na sobie coś dobrej jakości. Że dobrze się w tym wygląda, ubranie dobrze leży, jest ładnie wykonane i ma piękny guziczek. Wszystko to składa się na sztukę szczegółu. Życie może być płaskie, ale może też mieć w sobie coś więcej.
Twoja debiutancka, solowa kolekcja biżuterii stawia w centrum bursztyn — kamień, który w Polsce nadal bywa kojarzony dość tradycyjnie, a nawet pamiątkarsko. Czy twoim celem jest odczarowanie bursztynu i przywrócenie mu należnego miejsca w świecie mody?
Zdecydowanie tak. Nie wiem jednak, czy miałam aż tak pompatyczne założenia podczas pracy nad tą kolekcją. Myślę natomiast, że warto już do bursztynu powrócić. Minął chyba czas naszego obrażania się na ten materiał. Myślę, że jako Polacy doszliśmy do momentu, w którym zaczynamy konfrontować się z bardzo wieloma historiami. Osiągnęliśmy taki poziom rozwoju ekonomicznego i gospodarczego, że zaczynamy powoli, bardzo powoli, doceniać to, co mamy. Zaczynamy również interpretować to na nowo. W zmieniającej się Polsce dochodzimy do momentu, w którym jesteśmy gotowi na pewnego rodzaju zabawę naszą spuścizną.
Dla mnie bursztyn od zawsze był wyjątkowy i wiąże się z nim wiele historii z mojego dzieciństwa. Kiedyś był inny — mniej modowy, a bardziej, hmm… magiczny. Chciałam powrócić do tego uczucia, szczególnie latem. Chciałam połączyć moją fascynację symboliką, skojarzeniami z dobrą energią i zdrowiem oraz funkcjonalnością. Moją biżuterię można bowiem nosić na wiele sposobów. Myślę, że do tego dojrzałam. Jest to właśnie moment pewnej dojrzałości projektowej, która pozwala odnieść się do czegoś, nazwijmy to – banalnego i stworzyć na tej podstawie całkowicie nową jakość. Bursztyn od zawsze był przepełniony symboliką i ludowością. Chcę, żeby został nareszcie odczarowany i powrócił do mody.

Ta kolekcja biżuterii jest uniseksowa, ale również — co niezwykle ciekawe — dedykowana dzieciom. Skąd pomysł na tak szerokie, międzypokoleniowe i inkluzywne podejście do biżuterii?
Tworząc tę kolekcję, miałam na myśli kilka rzeczy. Zależało mi na stworzeniu czegoś wyjątkowego, symbolicznego, ale jednocześnie uniwersalnego. Inkluzywność tej kolekcji wynika z mojego przekonania, że to, co kobiece, może być męskie, a to, co męskie, może być kobiece. Jako mama myślałam też o połączeniu pokoleń — na przykład o relacji matka–córka.
Kiedyś polski rynek mody autorskiej przypominał ekscytujący Dziki Zachód. Dziś jest nasycony, zdominowany przez fast fashion i trudny ekonomicznie. Jak z twojej perspektywy zmieniła się rzeczywistość prowadzenia autorskiej marki w Polsce na przestrzeni lat? Co straciliśmy, a co zyskaliśmy?
Ten rynek rozwijał się całkowicie dwutorowo. Z jednej strony rosły polskie marki fast fashion, z drugiej, marki projektanckie. Budowanie marki osobistej było trudne i nadal takie pozostaje, ponieważ myślę, że dopiero teraz jako społeczeństwo zaczynamy doceniać projektowanie samo w sobie. Po okresie, w którym wszyscy zachłysnęliśmy się dobrobytem i wielością oferty, zaczynamy powracać do tego, od czego wyszliśmy. Wracamy do jakości i do rzeczy oryginalnych. Zaczynamy doceniać „Made in Poland”, dostrzegać własne dziedzictwo, tradycję oraz modę, która z tego wszystkiego wyrasta.
Jeżeli chodzi o rynek i jego życzliwość wobec projektantów, myślę, że wciąż znajdujemy się w pewnego rodzaju fazie startu. Dopiero teraz wszystko zaczyna się naprawdę rozwijać. Powstaje coraz więcej polskich marek, ponieważ dopiero teraz pojawia się na nie odpowiednia przestrzeń.
Głośnym echem w branży odbił się program grantowy „Polska_Kreatywni: MODA”, organizowany przez Instytut Przemysłów Kreatywnych. Sama ubiegałaś się o fundusze. Czy twoim zdaniem tego typu systemowe, państwowe dotacje są w stanie realnie uratować i rozwinąć polskie projektowanie, czy pozostają jedynie kroplą w morzu potrzeb?
Jest to kropla w morzu potrzeb, ale zarazem bardzo dobry krok, ponieważ każdy kraj jest definiowany poprzez swoją sztukę i kulturę. Myślę, że działania Ministerstwa Kultury otwierają dużą przestrzeń do debaty. Bardzo ważne jest, żeby takie rzeczy się działy. Pamiętam, że wiele lat temu, kiedy jeszcze studiowałam w Rzymie, dotarła do mnie informacja, która zwyczajnie zszokowała mnie jako Polkę. Pewien pan, który produkował jedwabne krawaty w Neapolu, został uhonorowany odznaczeniem przyznanym przez prezydenta Republiki Włoskiej. Wiesz, jest to bardzo prosta rzecz, ale mówi niezwykle dużo o kraju: o tym, w jaki sposób podchodzi się do rękodzieła, kreatywności i tego, co w istocie definiuje dane państwo. Bo czym jest kraj bez artystów? Czym jest kraj bez twórców i ludzi kreatywnych? Jedynie pustą powłoką. W naszej kapitalistycznej galopadzie zapomnieliśmy o tym wszystkim. Być może tak bardzo zapatrzyliśmy się w tak zwany Zachód produkowany w Chinach, że wszystko gdzieś się rozmyło.
Myślę jednak, że równie szybko powracamy teraz do tego, co jest dla nas ważne. Twórcy wracają do korzeni – nie tylko do historii swoich przodków, lecz także do kulturowej spuścizny Polski. Działania ministerialne, a w ogóle wszelkie działania odgórne, które w jakikolwiek sposób regulują i porządkują tę całą grupę indywidualistów, pozostającą tak naprawdę nieformalnym środowiskiem, są niezwykle ważne.

Porozmawiajmy o pieniądzach, o których w polskiej modzie mówi się niechętnie. Istnieje mit wielkich zarobków projektantów, podsycany blaskiem fleszy. Jak wygląda to naprawdę? Czy w Polsce da się żyć na wysokim poziomie wyłącznie z tworzenia bezkompromisowej mody autorskiej, bez uciekania się do masowych kompromisów?
W Polsce modele biznesowe w modzie są bardzo, bardzo różne. Mamy duże, masowe firmy, które bardzo dobrze zarabiają. Są również przedsiębiorstwa odzieżowe produkujące szeroko rozumianą odzież i także świetnie sobie radzące. Mamy wreszcie projektantów. Projektanci również działają na bardzo różnych zasadach i nie wszyscy mają ambicję zarabiania wielkich pieniędzy. Myślę, że te koncepcje biznesowe są na tyle odmienne, że trudno wrzucać je do jednego worka. Znajdujemy się jednak w takim momencie gospodarczym, w którym Polska jest jedną z największych gospodarek w Europie, co jest godne uwagi. Potencjał zakupowy naszego rynku jest naprawdę ogromny.
Jak wygląda dziś kwestia twojej obecności poza granicami kraju? Czy pozycjonujesz markę głównie jako fenomen lokalny, warszawski, czy wciąż myślisz o intensywnej ekspansji zagranicznej?
Czuję się bardziej Europejką niż Polką. W tym sensie, że moje korzenie twórcze są bardzo europejskie. Ekspansja byłaby czymś cudownym, ale na pewno wiąże się z rozwojem firmy na znacznie większą skalę. Myślę, że mój biznes jest gotowy na taki rozwój. Czas pokaże, czy uda mi się go zrealizować, ponieważ do zagranicznej ekspansji potrzebni są inwestorzy oraz wielopoziomowe wsparcie. To po prostu bardzo poważna sprawa. Mam jednak nadzieję, że w przyszłości skonfrontuję się jeszcze z międzynarodowym debiutem i będę miała tę przyjemność, żeby moja marka była sprzedawana także w innych krajach.
Jak oceniasz swoje ponad 20 lat na polskim rynku modowym?
Kiedyś usiadłam i pomyślałam, że to, co udało mi się osiągnąć, zawdzięczam przede wszystkim sobie. Udało mi się zostać projektantką rozpoznawaną chociażby dzięki projektom, które wpisały się w polską ulicę. Być może jestem również rozpoznawalna dzięki stylowi, który cały czas ewoluuje. Jest to dla mnie ogromne szczęście i wielki zaszczyt. Język twórców i język projektowania są trudne. Jeżeli od tylu lat udaje mi się być, trwać i nie tonąć nawet w momentach dosyć katastroficznych, takich jak pandemia COVID-19 czy wojna w Ukrainie, która przecież nadal bardzo mocno na nas wpływa, to myślę, że jak na jedną osobę, która przy okazji jest również kobietą i matką, jest to całkiem dużo.
Przeczytaj również: „Jakość, transparentność i lokalne rzemiosło są wartościami, z których nie chcę rezygnować”. Łukasz Jemioł szczerze o realiach prowadzenia marki w Polsce [WYWIAD]

