W świecie filmu kostium to znacznie więcej niż ubranie – to cicha narracja, która buduje postać, zanim ta wypowie swoje pierwsze słowo. Małgosia Karpiuk, opanowała ten język do perfekcji. Jej talent, łączący europejską wrażliwość z niezwykłą dbałością o historyczny detal, zaprowadził ją na plan jednej z najgorętszych produkcji ostatnich miesięcy – „Testamentu Ann Lee”, gdzie za sprawą jej wizji ożywa postać kreowana przez Amandę Seyfried. Ten wywiad to rozmowa o kobiecej intuicji, budowaniu autorytetu w międzynarodowym zespole i o tym, jak – pozostając wierną swojej estetyce – podbić serce globalnego przemysłu filmowego.
Joanna Mroczkowska: Czy w Twoim przypadku droga do kostiumografii była zaplanowana, czy raczej jest to pewnego rodzaju wypadkowa? Jaką rolę w Twoim warsztacie odegrała klasyczna edukacja z zakresu historii mody, a na ile ukształtowało Cię czyste doświadczenie na planie?
Małgorzata Karpiuk: To był przypadek. Ukończyłam studia filologiczne, próbowałam odnaleźć się w dziennikarstwie i telewizji, od zawsze czułam, że bliżej mi do sztuki. Czas studiów był dla mnie okresem podróży, poszukiwań i poznawania ludzi z różnych dziedzin. Moje wejście w świat kostiumografii zawdzięczam Sławkowi Blaszewskiemu, styliście i kostiumografowi, który w tamtym czasie był też moim partnerem. Poprosił mnie o pomoc przy reklamach, a później przy filmie fabularnym, gdzie poznałam Olę Staszkę, świetną kostiumografię, która stała się moim mentorem. Tak zaczęła się moja droga.
Od razu poczułam, że film jest medium, które do mnie przemawia. To forma ekspresji, w której czuję się najbardziej naturalnie. Myślę, że największy wpływ miały na mnie podróże, ludzie oraz sztuka, którą chłonęłam całym sobą. Historii sztuki studiuje sama, a doświadczenie przyszło wraz z praktyką.
Mówi się, że kostiumograf to nie tylko artysta, ale i psycholog. Jak uczyłaś się tego, by poprzez ubiór opowiadać o charakterze postaci, zanim ta jeszcze wypowie pierwszą kwestię?
Tak, zgadzam się z tym. Myślę, że kluczowe są empatia i współczucie, a właściwie współodczuwanie, wejście w rolę jeszcze zanim spotkam się z aktorem. Mój proces analizy postaci jest długi i bywa czasem bolesny, szczególnie gdy nie mogę znaleźć właściwego rozwiązania, haha. Kostiumograf jest w pewnym sensie 'psychologiem’, bo analiza bohatera zaczyna się od wejścia w jego stan psychofizyczny, zrozumienia go oraz jego motywacji. Zadaję sobie wtedy mnóstwo podstawowych pytań, dokładnie takich, jakie zadawałby sobie sam bohater. A potem te wewnętrzne doświadczenia i intuicyjne podpowiedzi staram się przełożyć na kostium.Mam też taką metodę pracy, że przymierzam większość kostiumów na sobie — przebieram się za daną postać i sprawdzam, co czuję. Przy okazji obserwuję też, jak kostium zachowuje się w ruchu itd.
Branża filmowa bywa postrzegana jako hermetyczna i hierarchiczna. Jak Ty, jako młoda kobieta z Polski, wypracowałaś sobie autorytet w międzynarodowych ekipach produkcyjnych?
Zawsze zależało mi na budowaniu partnerskiego modelu pracy przy produkcjach, zarówno w Polsce, jak i za granicą. Oczywiście czuję hierarchię na planie. Myślę, że służy ona zachowaniu porządku, trochę jak w wojsku. Szanuję ten system, bo działa, ale w relacjach międzyludzkich kieruję się zasadą partnerstwa, niezależnie od funkcji.
Jakie było Twoje największe „kulturowe zaskoczenie” przy wejściu do amerykańskiego systemu produkcji filmowej w porównaniu do pracy w Polsce czy Europie?
Wszystkie dotychczasowe produkcje amerykańskie realizowałam w Europie, więc moje doświadczenie nie jest w pełni kompletne. Właściwie nie doświadczyłam też „szoku kulturowego”, ponieważ amerykańscy producenci i twórcy musieli w pewnym sensie odnaleźć się na europejskim gruncie i dostosować do zasad pracy europejskich ekip. Bardzo podoba mi się kultura pracy z Amerykanami, oparta na partnerstwie i uprzejmości. Jeśli chodzi o system, rozbudowane piony oraz jasno określone podziały funkcji uważam za świetne rozwiązanie. Chciałabym, aby podobny model udało się wprowadzić także w Polsce. Podczas zdjęć realizowanych pod Nowym Jorkiem dowiedziałam się również, na czym polegają zasady pracy osób należących do tamtejszych związków zawodowych. które realnie chronią zatrudnionych w filmie.
„Testament Ann Lee” to film o konkretnym ciężarze gatunkowym. Jaką paletą barw i tekstur postanowiłaś opowiedzieć tę historię i czy w kostiumach ukryłaś jakieś subtelne symbole, których widzowie powinni szukać na ekranie?
Decyzje dotyczące palety barwnej podejmowaliśmy wspólnie z reżyserką Moną Fastvold, operatorem Williamem Rexerem oraz scenografem Samem Baderem. Jednym z głównych założeń było podzielenie życia Ann Lee na etapy, co chcieliśmy wyraźnie podkreślić w warstwie wizualnej. Cała droga Ann Lee była dla nas drogą z ciemności do światła. Okres w Manchesterze był wyraźnie mroczniejszy, zarówno pod względem światła i scenografii, jak i kostiumów. Zależało nam, aby widz odczuwał panujący tam chaos. Podróż przez Atlantyk, zmiany pór roku oraz sam kontekst tej drogi miały dla nas również wymiar symboliczny. W Nowym Jorku całkowicie zmieniliśmy paletę barwną na pastelową, by ostatecznie dotrzeć do Niskayuny, gdzie stworzyliśmy harmonijny świat oparty na kolorach ziemi i nieba.
Ograniczenia budżetowe nie dawały nam pełnej swobody, dlatego poprzez bardzo konkretne decyzje staraliśmy się osiągnąć zamierzony efekt. Od początku chcieliśmy, aby The Testament of Ann Lee był hołdem dla społeczności Shakersów oraz filozofii Ann Lee. Z tego powodu zależało mi, by ta wspólnota religijna nie sprawiała wrażenia opresyjnej. Celowo unikałam koloru czerwonego, który często kojarzy się z zakazem i opresją i bywa wykorzystywany do portretowania sekt czy grup religijnych.
Wyświetl ten post na Instagramie
Praca z gwiazdą formatu Amandy Seyfried to nie tylko dopasowanie krawieckie, ale budowanie relacji opartej na zaufaniu. Jak wyglądał Wasz wspólny proces twórczy nad postacią w „Testamencie Ann Lee”? Czy Amanda wnosiła swoje sugestie do garderoby?
Nasza współpraca, ze względu na krótki okres przygotowawczy była bardzo intensywne, a Amanda na pewno wprowadziła poczucie humoru, haha. Całe dnie przymiarek, aby zbudować postać na przestrzeni 40 lat życia. Amanda dała mi pełną swobodę w zinterpretowaniu swojej postaci, a Nasze rozmowy dotyczyły bardziej technicznych kwestii. Przede wszystkim testowaliśmy kostiumy pod względem tańca, swobody ruchu i ewentualnych ograniczeń które musiałam zminimalizować. Na potrzeby filmu zaprojektowałam wspólnie z moją główną krawcową Ildiko Preisinger kostiumy umożliwiające jej taniec i m.in. specjalny gorset, który podkreślał sylwetkę, ale o jego skonstruowania użyliśmy specjalnej techniki i elastycznych tkanin.
Wyświetl ten post na Instagramie
Nie można zapominać, że kostiumografia to również biznes, budżety i logistyka. Jakiej rady udzieliłabyś kobietom, które boją się walczyć o swoją wartość finansową i wizję artystyczną w świecie zdominowanym przez twarde reguły rynku?
Mam zasadę, że wszyscy gramy do jednej bramki i jesteśmy naczyniami połączonymi, dlatego staram się nie stawać w opozycji, lecz negocjować na zasadzie kompromisu. To trudne pytanie, bo mimo wiedzy i doświadczenia wciąż zdarza mi się iść na ustępstwa, które nie zawsze są komfortowe. Jak już wspomniałaś, oprócz kreatywności niezwykle istotne są umiejętności zarządzania budżetem oraz logistyka. Dobrą praktyką jest ustalenie dla siebie minimalnej stawki finansowej, poniżej której nie chce się schodzić podczas negocjacji. Dzięki temu przy kolejnych projektach można ją stopniowo podnosić i trzymać się swoich zasad, nawet jeśli oznaczałoby to rezygnację z projektu. Oczywiście mówimy tu o sytuacji, w której mamy wybór, co w branży filmowej nie zawsze jest oczywiste. To pewne ryzyko, ale z mojego doświadczenia finalnie się opłaca. Warto też poszerzać wiedzę na temat budżetowania filmów i realiów rynku, bo twarde argumenty są podstawą skutecznych negocjacji.
Nie należę do osób, które „walczą” o wizję artystyczną. Skupiam się raczej na zbieraniu jak największej ilości informacji, aby wspólnie tę wizję wypracować i być realnym wsparciem kreatywnym. Być może przyszło to z wiekiem, haha, bo jak już mówiłam, tworzenie filmu to przede wszystkim współpraca, uważność i otwartość. Dlatego bardziej skupiłabym się na uświadamianiu i promowaniu wiedzy na temat roli kostiumografa, to na tym można budować pozycję zawodową i szacunek.
Co jest dzisiaj ważniejsze dla młodej osoby marzącej o Hollywood: imponujące portfolio, znajomość technologii (np. projektowanie 3D), czy może czysty networking i bycie w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie?
W moim odczuciu dobry projekt w portfolio to podstawa, a networking i szczęście to kolejne ważne elementy. Znajomość technologii na pewno jest przydatna, ale też często zatrudniani są już do tego specjaliści.
Wyświetl ten post na Instagramie
Żyjemy w czasach fast fashion, ale też wciąż trwających i mieszających się ze sobą rewolucji stylu. Czy uważasz, że dogłębna znajomość historii mody i krawiectwa miarowego to wciąż niezbędny fundament, czy może nowoczesna kostiumografia zmierza w zupełnie innym kierunku?
Pod tym względem jestem raczej starej daty, powiedziałabym analogowa. Kocham rzemiosło i krawiectwo miarowe, kiedy tylko jest taka możliwość, staram się z niej korzystać. Choć tradycyjne metody są coraz częściej wypierane przez nowoczesne technologie (bo świat się zmienia i czasem to zmiana na lepsze), i to też jest w porządku, jeśli komuś bardziej to odpowiada, ja jednak konsekwentnie wracam do klasycznego sposobu tworzenia kostiumu. W moim odczuciu punktem wyjścia zawsze powinna być solidna wiedza historyczna i praktyczna, dopiero wtedy można w pełni wykorzystać nasz potencjał i stworzyć własną interpretację. Uwielbiam momenty, kiedy wspólnie z krawcową lub krawcem omawiamy detale i wykończenia. Przy moim najnowszym projekcie będę pracować z krawcem, którego doświadczenie w męskim krawiectwie jest tak duże, że już nie mogę się doczekać rozmów o konstrukcji, detalach i wykończeniach. Za każdym razem, gdy wchodzę do jego pracowni, czuję się jak dziecko w sklepie z zabawkami. To na pewne jedne z tych momentów w mojej pracy które niezwykle doceniam.
Zdjęcie główne: Fot. Michał Englert
