Adam Leja od lat porusza się na styku sztuki i mody, konsekwentnie budując jedną z najbardziej rozbudowanych prywatnych kolekcji mody w Polsce. Historyk sztuki i kolekcjoner zgromadził obiekty obejmujące historię ubioru od połowy XIX wieku po współczesne haute couture, ze szczególnym uwzględnieniem francuskich domów mody i kreacji o muzealnej randze. Jego zbiory regularnie pojawiają się w przestrzeni instytucjonalnej. W rozmowie opowiada o swojej drodze do kolekcjonowania mody, o modzie jako narzędziu przyciągającym publiczność do muzeów oraz o wyzwaniach związanych z obecnością mody w polskich instytucjach kultury i systemem publicznego wsparcia.
Kolekcjoner mody, kurator sztuki czy pasjonat? Jak najbardziej lubisz, żeby o Tobie mówiono?
Jestem historykiem sztuki i kolekcjonerem mody. Kuratorem nigdy nie byłem i raczej bym nim nie chciał być w przypadku wystaw z moimi obiektami. Mam poczucie, że to się po prostu wyklucza — trochę jak prawnik, który nie może świadczyć we własnej sprawie. Zawsze zależy mi na tym, żeby kurator był z zewnątrz, z instytucji albo po prostu niezależny. Na swoje rzeczy patrzy się inaczej, więc ta niezależność jest dla mnie bardzo ważna. Pasjonatem oczywiście też jestem, ale historyk sztuki i kolekcjoner mody to określenia najbliższe prawdy.
Moda nie była Twoim pierwszym wyborem kolekcjonerskim. Co było na początku?
Absolutnie nie planowałem kolekcjonować mody. Wydawało mi się wręcz, że to zupełnie nie jest moja droga. Zbierałem rzemiosło artystyczne w stylu Art Déco z lat 20. i 30. i to była moja prawdziwa pasja.
Skąd wzięło się zainteresowanie Art Déco i jak wyglądały Twoje pierwsze kroki na rynku sztuki?
To były lata 90. i wtedy zaczęło się moje zainteresowanie tym okresem. W Polsce jeszcze niewiele osób się nim zajmowało. W 1992 roku otworzyłem galerię sztuki na Starym Mieście w Warszawie. Pokazywałem malarstwo i rzeźbę, ale głównie biżuterię polskich projektantów. Współpracowałem ze Stowarzyszeniem Twórców Form Złotniczych i pokazywałem ich prace jako autorską biżuterię konkretnych twórców. To była jedna z pierwszych galerii, które tak wyraźnie to akcentowały.
Po mniej więcej dziesięciu latach coraz bardziej zaczęły mnie interesować antyki i sztuka dawna. Część galerii przekształciłem w antykwariat wyspecjalizowany w Art Déco. Wtedy zainteresowanie tym stylem było już spore, a polskie muzea zaczęły budować swoje kolekcje. Współpracowałem z nimi i pomagałem je tworzyć. Moda z tego okresu też je interesowała — bo to był moment, który zmienił sylwetkę kobiety i estetykę całej epoki. Wszystko, co trafiało się z mody, oddawałem do muzeów. Niczego nie zostawiałem dla siebie.
W którym momencie pojawił się impuls, żeby jednak zacząć budować własną kolekcję mody?
Ktoś powiedział mi kiedyś: „Masz wyraźną żyłkę kolekcjonera, przez twoje ręce przechodzą świetne rzeczy — czemu ich nie zostawiasz?”. I to było trochę zgubne. Zacząłem zostawiać obiekty, a potem już świadomie ich szukać. Kolekcja rosła i rosła. Z czasem zacząłem interesować się też innymi okresami — nie tylko Art Déco, ale wcześniejszymi i późniejszymi. Dziś obejmuje właściwie wszystko od połowy XIX wieku aż po współczesność.

Skąd decyzja, żeby dojść aż do mody współczesnej?
Z Paryża. Zacząłem jeździć na pokazy mody, oglądać wystawy i to mnie bardzo wciągnęło. Zobaczyłem, że ta historia nie kończy się na latach 30., tylko trwa do dziś. Naturalnie chciałem, żeby moja kolekcja też to pokazywała.
Pamiętasz zakup, który był dla Ciebie przełomowy?
Tak. To była aukcja pamiątek po Elsie Schiaparelli w Christie’s w Paryżu. Pojechałem z myślą, że na pewno niczego nie kupię, bo ceny miały przekroczyć mój budżet. Chciałem to zobaczyć i przeżyć. To była moja pierwsza aukcja w tak dużym domu aukcyjnym.
I ku mojemu zaskoczeniu udało mi się kupić rękawiczki z prywatnej garderoby Schiaparelli. Siedziałem obok Suzy Menkes, która widziała, jak bardzo mi na tym zależało. Powiedziała nawet „brawo”. Ktoś się zagapił, ktoś przeoczył — i się udało.
Często powtarzasz, że w kolekcjonowaniu ważniejszy jest proces niż sam obiekt.
Zdecydowanie. Aukcje są bardzo emocjonujące. Jest adrenalina: czy się uda, czy ktoś przelicytuje, czy mogę dać więcej. Podobnie jest na targach staroci — czasem wystarczą dwie minuty różnicy i myślisz: „gdybym był tu chwilę wcześniej…”. To jest właśnie ten moment polowania.
Zdarzało się też, że licytowałem obiekt w Paryżu i kupowało go Musée des Arts Décoratifs albo Musée Yves Saint Laurent. Oczywiście mnie przelicytowali, ale jest w tym jakaś satysfakcja — bo to znaczy, że wypatrzyłem coś naprawdę ważnego.
Kolekcjonowanie mody wiąże się też z ryzykiem.
Zdecydowanie, szczególnie przy zakupach przez internet. Kupujesz na podstawie zdjęć, a sprzedający nie zawsze pokazuje wszystko. Czasem przychodzi coś lepszego, niż się spodziewałeś, a czasem rozczarowanie — zniszczenia albo obiekt zupełnie inny niż w opisie. Im więcej wiedzy, tym takich sytuacji jest mniej, ale nie da się ich całkiem wyeliminować.
Jakie kryteria są dla Ciebie absolutnie kluczowe przy ocenie obiektu?
Oryginalność i możliwie pierwotny stan. Moda historyczna bardzo często była przerabiana. Mam na przykład sukienkę Chanel z lat 30., która została skrócona. Na zdjęciach tego nie było widać. Nie da się już przywrócić jej pierwotnej długości — to nie jest ten sam obiekt, choć nadal bardzo wartościowy.

Gdzie dziś realnie szuka się obiektów do takiej kolekcji?
Właściwie wszędzie. Internet otworzył cały świat, ale bez wiedzy bardzo łatwo kupić coś współczesnego „w stylu”. Kupowałem też na targach staroci i w domach aukcyjnych. Nie mam nieograniczonego budżetu i uważam to za zaletę — znalezienie dobrej rzeczy w rozsądnej cenie daje dużo większą satysfakcję.
Polska czy zagranica — gdzie dziś łatwiej o prawdziwe perełki?
W Polsce moda na targach staroci pojawia się bardzo rzadko. Wojna zrobiła swoje, a po wojnie rzeczy były przerabiane i noszone aż do zniszczenia. Paryż jest kolebką — tam zachowało się tego bardzo dużo. Sporo ciekawych obiektów trafia się też w Stanach Zjednoczonych.
Wielokrotnie podkreślasz potrzebę muzeum mody w Polsce. Dlaczego uważasz to za tak istotne?
Moja kolekcja jest duża i w Polsce absolutnie wyjątkowa. W pewnym momencie nie będę jednak w stanie jej przechowywać. Mógłbym ją wywieźć do Paryża i sprzedać, ale byłoby mi bardzo szkoda. Jeśli już jest w Polsce, to dobrze byłoby, żeby została tu na dłużej i była dostępna dla kolejnych pokoleń.
Jak na tym tle wypadają muzea mody na świecie?
Na świecie muzea mody przyciągają tłumy. Moda jest łatwiejsza w odbiorze, bardziej bezpośrednia. Dla młodych ludzi wystawy malarstwa czy rzeźby często wydają się trudniejsze. Moda przyciąga i działa jak magnes.
Może Cię zainteresować: Wystawy w lutym 2026 w Warszawie – 7 ekspozycji idealnych na końcówkę zimy
Jak, Twoim zdaniem, takie muzeum mody powinno funkcjonować w praktyce?
Przede wszystkim musi mieć dofinansowanie, bo z samych biletów się nie utrzyma. Powinno być miejscem spotkań, wykładów i edukacji — także dla studentów i projektantów. Trzeba też pamiętać, że moda nie może być pokazywana cały czas. Obiekty można eksponować przez kilka miesięcy, a potem muszą wracać do magazynu ze względów konserwatorskich.
Jak dziś oceniasz rolę sektora publicznego we wspieraniu mody?
Bardzo się cieszę, że po latach moda zaczęła być doceniana jako zjawisko kulturowe i w pewnym sensie jako sztuka. Pamiętam jeszcze lata 90. — wtedy ubrania traktowano jak coś zupełnie nieistotnego. Dziś jest coraz więcej wystaw, na których moda się pojawia.
Jako kolekcjoner prywatny mam świadomość, że publiczne wsparcie trafia głównie do instytucji państwowych, co jest zrozumiałe. Być może jednak przyjdzie moment na wsparcie przy skatalogowaniu kolekcji albo przy realizacji muzeum — czy to prywatnego, czy we współpracy z instytucją. Mam nadzieję, że do tego dojdzie.
Na Zamku Królewskim w Warszawie mieliśmy ostatnio podziwiać wystawę „Niech nas widzą”, na której prezentowane były również obiekty z Twojej kolekcji. Zgarnęła ona ogromne zainteresowanie i zachwyty. Jaką rolę pełniła tu moda?
To nie była wystawa mody sensu stricte. Moda była elementem opowieści o tym, jak strój wpływa na to, jak jesteśmy postrzegani. W tę narrację wplecione były obiekty haute couture z mojej kolekcji, głównie od francuskich projektantów. One pokazują, że strój naprawdę nas zmienia.

Co szczególnie przyciągało uwagę odwiedzających?
Najczęściej fotografowana była suknia Stéphane’a Rollanda — taka „zbroja” z domu mody Jean Louis Scherrer. Dużym zainteresowaniem cieszyły się też obiekty z motywami kwiatowymi. Mimo że to nie była wystawa modowa, ludzie bardzo często dokumentowali właśnie modę.
Dlaczego moda tak dobrze działa w zestawieniu z innymi dziedzinami sztuki?
Bo czyni wystawę bardziej dostępną. Nazwiska takie jak Dior, Chanel czy Yves Saint Laurent są powszechnie znane. Nawet jeśli ktoś nie interesuje się modą, to gdzieś je kojarzy. To ułatwia odbiór i zachęca do wejścia w całą opowieść wystawy.
Czy możemy spodziewać się kolejnych wystaw z Twoimi obiektami?
Są różne propozycje, ale na tym etapie niczego nie mogę zdradzić. Od pomysłu do realizacji droga jest zawsze bardzo długa. Mam jednak nadzieję, że kolejne wystawy się pojawią — i że uda się znów coś zrobić w Warszawie.
Zdjęcie główne: Mateusz Motyczyński
