Just Paul

“W biznesie nie wolno stać w miejscu”. Twórczynie marki Just Paul podsumowują dziesięć lat na rynku

Czy w dzisiejszych czasach można zbudować silną markę modową bez ponoszenia gigantycznych kosztów na reklamę i współpracę z influencerami? Tak, wystarczy zadbać o doskonałej jakości produkt i o klienta. Tak właśnie działa marka Just Paul, która w tym roku obchodzi 10-lecie istnienia. O wartościach, jakimi kierują się w biznesie jej właścicielki Justyna Juszczyk-Grupińska i Paula Olechowska opowiadają Alicji Szewczyk.

W czasach, kiedy marki modowe wyrastają jak grzyby po deszczu i równie szybko znikają, nie jest łatwo utrzymać się na rynku. Marce Just Paul, którą założyłyście, udaje się to z sukcesem już od 10 lat. Od początku istnienia macie grono wiernych klientek. Stworzyłyście atelier Just Paul Prive, które szyje kreacje na miarę. Otworzyłyście butik w jednym z najmodniejszych obecnie warszawskich miejsc – w Elektrowni Powiśle. A oprócz tego prowadzicie własną szwalnię. Zacznijmy jednak od początków. Jak powstał Just Paul? To był poryw serca czy przemyślana strategia biznesowa?

Paula Olechowska: Wszystkie nasze działania biorą się z porywu serca. 10 lat temu trudno było znaleźć niepowtarzalne ubrania. W Warszawie były albo luksusowe butiki z rzeczami po kilkanaście tysięcy złotych albo sieciówki. Nic pomiędzy. W tamtym czasie wielu naszych znajomych brało śluby. Nie stać nas było na kupowanie co chwilę drogiej sukienki, ale też nie chciałyśmy nosić sukienek z sieciówek, bo zdarzało się, że ten sam model na jednym weselu miały na sobie trzy dziewczyny. Zaczęłyśmy więc szyć dla siebie sukienki na różne wyjścia. To spotykało się ogromnym z zainteresowaniem naszych koleżanek. To właśnie one zmobilizowały nas do założenia marki modowej.

Justyna Juszczyk-Grupińska: Nigdy nie było tak, że powiedziałyśmy: „Otwieramy markę”. To, co się wydarzyło całkowicie nas zaskoczyło. Najpierw zgodziłyśmy się uszyć coś dla jednej koleżanki. Potem zgłosiła się druga, trzecia, czwarta, aż zaczęły się do nas odzywać koleżanki koleżanek. Najpierw sprzedawałyśmy nasze projekty z bagażnika, później postawiłyśmy prowizoryczny wieszak u Pauli w domu. Gdy po nasze ubrania zaczęły przychodzić obce kobiety uznałyśmy, że musimy zarejestrować firmę. Just Paul powstał w momencie, w którym wiedziałyśmy, że nie chcemy wracać do naszych poprzednich zawodów. Obydwie urodziłyśmy dzieci, chciałyśmy wreszcie decydować o swoim czasie. Ta potrzeba niezależności na pewno pomogła nam podjąć decyzję. Przede wszystkim jednak Just Paul powstał z wielkiej pasji do mody. 

Miałyście pomysł na Just Paul? Wiedziałyście, jak chcecie prowadzić swoją markę?

PO: Od początku działałyśmy intuicyjnie. Nie miałyśmy biznesplanu ani budżetu do zainwestowania. Pierwsza sukienka zarobiła na kolejną, kolejna na następne… Wystartowałyśmy bez medialnego szumu, ale też bez ryzyka, że w przypadku niepowodzenia stracimy pieniądze. 

JG: Wszystkiego uczyłyśmy się na bieżąco. Na początku szyłyśmy sukienki i właśnie one stały się znakiem rozpoznawczym Just Paul. Potem poszłyśmy dalej – włączyłyśmy do kolekcji płaszcze, marynarki, ubrania basic… Moim zdaniem to, co było na początku ważne, a wręcz kluczowe to, że zawsze miałyśmy ogromnie dużo pokory. Właśnie dlatego, że nie znałyśmy się na prowadzeniu marki modowej, działałyśmy po cichu. I po prostu patrzyłyśmy co się z tych naszych działań wyłoni.

Czy dzisiaj, z perspektywy czasu, uważacie, że to była dobra strategia? 

PO: Najlepsza, ponieważ zdjęła z nas presję. Nie musiałyśmy niczego nikomu udowadniać, nie musiałyśmy się z nikim ścigać i nie musiałyśmy zarabiać od razu nie wiadomo jakich pieniędzy. To dawało nam nieprawdopodobny komfort pracy. Traktowałyśmy Just Paul jak hobby… 

…które przerodziło się w dużą modową firmę. 

JG: Od początku istnienia Just Paul towarzyszą nam niesamowite zbiegi okoliczności, które w pewnym sensie decydowały o dalszych losach marki. Tak było np. z przejęciem szwalni. Była jedną z tych, którym zlecałyśmy szycie naszych ubrań. Kilka lat temu jej działanie stanęło pod znakiem zapytania. Kiedy dowiedziałyśmy się, że bankrutuje, a wszystkie zatrudnione tam szwaczki stracą pracę, w sekundę zdecydowałyśmy, że ją kupimy. Wcześniej w ogólnie nie myślałyśmy o posiadaniu własnej szwalni. Wiedziałyśmy jednak, że robiąc to uratujemy miejsca pracy kilkunastu kobiet. 

Otwarcie sześć lat temu Just Paul Prive – atelier, specjalizującego się w szyciu kreacji na miarę – też było dziełem przypadku?

JG: Tak, to kolejna sytuacja, która do nas “przyszła”. Pewnego dnia zadzwonił do mnie znajomy, mówiąc, że do znanej marki modowej wszedł komornik i jutro cały jego zespół krawcowych zostanie zwolniony. Dostałam listę kontaktów do tych pań. Zadzwoniłyśmy do jednej z nich, Joanny. I choć w tamtym momencie nie miałyśmy jej absolutnie nic do zaproponowania, zgodziła się do nas dołączyć, choć miała kilka innych propozycji pracy, bo kusiło ja stworzenie czegoś od podstaw. Wraz z Joanna przyszły do nas krawcowe, z którymi pracowała w zespole, wiec przejęliśmy dobrze znający się i świetnie współpracujący Team. 

W trzy tygodnie zorganizowałyśmy atelier, wynajęłyśmy lokal, kupiłyśmy maszyny i kupiłyśmy tkaniny. Just Paul zawsze kręcił się wokół idei upraszczania mody. Przez pierwsze lata 99% rzeczy szyłyśmy w rozmiarze One Size, co nie było proste, ponieważ każdą rzecz trzeba było tak projektować, żeby świetnie leżała na kobietach o różnych figurach i rozmiarach. Z czasem pojawiła się potrzeba tworzenia czegoś bardziej skomplikowanego. Kiedy zadzwonił telefon, postanowiłyśmy zaryzykować. Tak właśnie powstało Prive.

PO: Już wcześniej marzyłyśmy o miejscu, w którym można będzie realizować każde, nawet najbardziej wyszukane modowe pomysły. Kiedy pojawiła się możliwość współpracy ze wspaniałymi, doświadczonymi krawcowymi, żal nam było z tego nie skorzystać. Prive jest dzisiaj naszą najlepszą reklamą. Suknie szyte są w pojedynczych egzemplarzach,  z najlepszych tkanin, używamy wyszukanych zdobień. Kiedy pojawiają się na czerwonym dywanie lub na scenie, dają efekt “WOW”. 

JG: Prive na początku funkcjonowało dokładnie tak, jak Just Paul: zero reklamy, tylko poczta pantoflowa. Prive nie ma strony internetowej, a jego profil na Instagramie założyłam niecały rok temu i to nie dla promocji, tylko z praktycznych względów. Kiedy dzwonią klientki i pytają, gdzie mogą obejrzeć nasze projekty, nareszcie jest profil, na który mogę je odesłać. Prive od początku istnienia świetnie sobie radzi. Atelier działa na styk możliwości, a klientki przyjeżdżają do nas z całej Polski. 

Just Paul jest dla mnie doskonałym case study jak rozwinąć markę w organiczny sposób. Bez płacenia influencerom, robienia kampanii, wydawania fortuny na reklamę. Zaryzykuję stwierdzenie, że podstawą jest produkt, który broni się w każdym sezonie. I klientki, które po niego wracają.  

JG: Od samego początku obserwujemy czego potrzebują nasze klientki i staramy się dostosować ofertę Just Paul do ich potrzeb. Przez lata kojarzono nas z sukienkami, które były naszym numerem 1, 2 i 3. Od kilku sezonów szyjemy płaszcze, marynarki, rzeczy basic. W lockdownie, kiedy wszyscy siedzieliśmy w domu, wypuściłyśmy kolekcję dresów. Mamy świadomość, że coraz mniej kobiet będzie kupować sukienki w charakterystyczny print, które po 2-3 razach im się opatrzą. Więcej wybierze longsleeve w uniwersalnym kolorze albo marynarkę, którą można nosić na wiele sposobów, mając poczucie, że kupiły rzecz uniwersalną a nie coś na jeden sezon. Ten fakt organicznego wzrostu wynika także z tego, że każde zarobione pieniądze inwestowałyśmy w rozwój marki: w przejęcie szwalni, kupienie parku maszynowego… Nigdy nie miałyśmy funduszy na PR lub marketing. Trochę tego żałuję, bo dzięki temu o Just Paul dowiedziałoby się więcej kobiet.

PO: Uważamy, że nasze klientki są naszą najlepszą reklamą. Dla nich liczy się dobry jakościowo produkt i taki staramy się dostarczyć.

Nie zdarza Wam się czasem porównywać do innych marek? Obserwować co one robią i zastanawiać się czy nie należałoby iść tą samą drogą?  

PO: Nie, ponieważ zawsze byłyśmy inne. Nie możemy np. zrobić pokazu na dany sezon, ponieważ nie mamy jednej kolekcji w sezonie. W Just Paul nowości pojawiają się raz w tygodniu. To, że działamy na innych zasadach w pewien sposób nas wyróżnia. 

Prive szyje na miarę, a Just Paul wypuszcza krótkie serie ubrań. Nie macie więc nadprodukcji, co oznacza, że obydwie marki są ekologiczne. Do tego zatrudniacie kobiety, zarówno młode, jak i te w wieku emerytalnym i przedemerytalnym. Dajecie im wsparcie w rozwoju zawodowym. Inne marki chwaliłyby się tym naprawo i lewo! Dlaczego Wy tego nie wykorzystujecie?

JG: Nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób, ale rzeczywiście tak jest – szczególnie w kontekście kobiet. Zespół Just Paul stanowią tylko kobiety. Kiedy kupowałyśmy szwalnię, paniom, które tam pracowały zostały 2-3 lata do emerytury. Gdybyśmy nie przejęły tego miejsca, pewnie nikt by ich nie zatrudnił, pomimo, że mają ogromne doświadczenie. Chociaż dzisiaj wiele z nich jest już na emeryturze, dalej z nami pracują i wcale nie chcą odejść. W międzyczasie do zespołu dołączyły młodsze. 

PO: Ja sobie zdałam sprawę z tego dopiero niedawno, kiedy do szwalni przyjechał mój tata. Szefowa szwalni podbiegła do niego i powiedziała: „Proszę pana! To jest cud, że zostałyśmy tutaj zatrudnione”. Wtedy zdałam sobie sprawę, jak bardzo to jest dla nich ważne.

JG: Ciężko nam sobie wyobrazić bardziej oddany i zaangażowany zespół niż ten, który udało nam się stworzyć. Panie w szwalni, krawcowe w atelier, dziewczyny, które pracują w naszych butikach i nasz team w biurze – wszystkie traktują Just Paul, jakby to była ich firma. Dla nas, jako pracodawców, jest najwspanialszy komplement. W czasie pandemii walczyłyśmy o zmniejszenie czynszu tak, żebyśmy nie musiały zwalniać pracowników. Kiedy wybuchła epidemia, bardzo bałyśmy się o panie ze szwalni, bo ze względu na wiek były najbardziej narażone na zarażenie się. Natychmiast odesłałyśmy wszystkie do domu. Po kilku dniach zadzwoniły do nas, że chciałyby coś robić. Zaczęły więc szyć w domach maseczki, które my rozwoziłyśmy do szpitali. Mówię o tym, żeby pokazać, że można prowadzić firmę stawiając pracowników na pierwszy miejscu,

Jakie stawiacie sobie wyzwania na kolejnych 10 lat?

JG: Przede wszystkim powrót do planów sprzed pandemii. Zanim wybuchła epidemia uznałyśmy, że chcemy pójść w inną stronę i robić kolekcje, które będą dostępne przez cały sezon, a dropy robić w mniejszym zakresie, dla ożywienia oferty. Z taką podstawową kolekcją łatwiej będzie nam wejść we współpracę z jakąś platformą e-commerce’ową. Będziemy mogły też wreszcie pomyśleć o współpracy z zagranicznymi butikami. Wybuch pandemii zatrzymał te działania. Czekałyśmy więc aż epidemia się skończy, ale wtedy wybuchła wojna. Teraz z kolei inflacja sprawia, że musimy z nimi jeszcze jakiś czas zaczekać, ale mam nadzieję, że za kilka miesięcy z większym spokojem i pewnością wrócimy do tych planów.

Macie apetyt na więcej!

JG: Oczywiście! Trzeba się rozwijać. Jeśli w biznesie stoisz w miejscu, to tak naprawdę się cofasz. 

Przeczytaj również: Za co kobiety kochają projekty Just Paul? Odkrywamy bestsellerowe sukienki popularnej marki

Newsletter

FASHION BIZNES