Projektantem być. Monica Moncini.

320
Monika Różycka i Rozena

To była długa przygoda. Cały czas się zresztą uczę nowych rzeczy. Nigdy nie chciałam być „po prostu” szefową – otworzyć sobie działalność i nie wiedzieć do końca, czym właściwie się zajmuję – mówi Monika Różycka (Monica Moncini), projektantka łącząca w swoich projektach paryskie haute couture z praktyczną, łódzką kreatywnością. Nam opowiada o swoich początkach, marzeniach i sukcesach.

Monica Moncini – vademecum kariery projektanta

Paryż widoczny ze szkolnej ławki

Pochodzę z małego miasteczka spod Łodzi. Jeszcze jako małe dziecko bawiłam się z moją kuzynką w projektantki. Pamiętam też sytuację ze szkoły podstawowej, kiedy spytano nas się, kim chcemy być w przyszłości. Byli wśród nas policjanci, lekarze, strażacy, zdarzały się i księżniczki.  Ja odpowiedziałam: będę mieszkać w Paryżu i tworzyć modę. Wszyscy się ze mnie śmiali. Do dziś utkwiło mi to w głowie. I zajęło mi też sporo czasu, aby się faktycznie… odważyć.

Praktyka czyni mistrza

Mając 26 lat, wyjechałam z Polski. Przez około 5 lat mieszkałam w Paryżu i w tym czasie poznałam wiele fajnych osób i coraz bardziej wciągał mnie ten świat. Na początku pracowałam jako personal shopper – nie jest to zajęcie popularne. W tamtym momencie byłam chyba drugą osobą, która się tym zajmowała. Ściągaliśmy dobra luksusowe do Polski.

Później miałam okazję współpracować z jedną firmą męską. Zajmowałam się też promocją. Zdarzyło mi się też, niestety, zostać oszukaną – szykowałam kolekcję mody golfowej, która nie doszła do skutku. A za jakiś czas okazało się, że zupełnie identyczne projekty pokazały się w sprzedaży… To była dla mnie cenna lekcja.

W Łodzi i przy sterze

Na Avenue Montaigne otworzyłam moją działalność. Jednak żeby zminimalizować koszty produkcji, zaczęłam szukać miejsca do szycia w Polsce – i znalazłam. Muszę przyznać, że wcześniej nie chciałam mieszkać w kraju. Później jednak… zaczęło mnie tu ciągnąć. Łódź to miasto, które ma historię typowo włókienniczą, wiele się tu dzieje. Powoli przechodziłam do tego świata. To była długa przygoda. Cały czas się zresztą uczę nowych rzeczy. Nigdy nie chciałam być „po prostu” szefową – otworzyć sobie działalność i nie wiedzieć do końca, czym właściwie się zajmuję.

Poprosiłam o możliwość odbycia, powiedzmy, stażu w miejscu, gdzie chciałam szyć. Schowałam dumę do kieszeni i wykonywałam wszystkie polecenia, chcąc poznać cały proces „od podszewki”. Moje podejście zmieniło się wówczas diametralnie – zobaczyłam, ile pracy trzeba włożyć w to, by jakiś projekt, na przykład żakietu, powstał.  

View this post on Instagram

In my world 🌈💕

A post shared by MonicaMoncini (@moncini_moncini) on

Geneza kolekcji. Jak zostać projektantem? Opowiedziane w pigułce.

Wszystko zaczyna się od inspiracji. Tworzenie kolekcji to tak naprawdę tylko ja i grupa tkanin. A jak projektowanie przebiegało to na samym początku?

Chciałam, by każda z rzeczy była uszyta dla mnie i dla każdej mojej klientki. Priorytet? Jakość. Zaczęło się od jedwabnych sukienek, sesję zrobiliśmy w Paryżu. Do każdego „looku” dobieraliśmy inną lokalizację. Co jeszcze było ważne?

Po pierwsze: pamiętaj o promowaniu swojej działalności.

Dużym błędem było to, że na początku skupiłam się bardziej na tworzeniu – a nie na promowaniu właśnie. Wyszłam z założenia, że jeśli dam ludziom jakość i fajny design, to wszystko „samo” będzie się sprzedawać. I że ktoś mnie zauważy. Ale niestety to tak nie działa. Było dużo wzlotów i upadków. Początki wspominam jako jedną wielką walkę o „wypłynięcie”. Polski showbiznes, chyba jak wszędzie, jest skomplikowany. Jednak chyba tylko w Polsce mamy do czynienia z sytuacją, że projektantom nie zwracają się koszta produkcji. W wielu miejscach na świecie w momencie kiedy znana osoba lub ktokolwiek dostaje od marki jakąś rzecz, jest tam coś takiego umownego, że chociaż zwracane są koszta produkcji. U nas w Polsce niestety…. wygląda to trochę inaczej. Od samego początku współpracowaliśmy ze znanymi osobami. Czasem przekazywaliśmy im jakieś z zaprojektowanych rzeczy w ramach promocji.Produkty wysyłaliśmy głównie stylistom, a oni „przepychali” to dalej, do bardziej znanych osób – z nimi miewaliśmy też prywatne spotkania w ich domach. Przygotowywałam sukienki na specjalne zamówienie.

Często zdarzały się sytuacje, gdy ludzie nawet nie mówili „dziękuję”. Dla mnie to było upokarzające. A produkcja kosztuje, zwłaszcza jeśli korzystamy z jedwabiu, sprowadzanego z Włoch.

Bycie projektantem to ciężki kawałek chleba. Ale myślę, że gdybym kiedyś, na początku, miała tę wiedzę, którą mam teraz, to i tak znowu bym w to weszła.

Po drugie: znajdź swój styl

Moje projekty są przesycone latami siedemdziesiątymi, osiemdziesiątymi, czasem sięgnę po lata dziewięćdziesiąte, kocham też i pięćdziesiąte. Właściwie, uwielbiam wszystko, co jest związane z vintage, począwszy od zdjęć, mebli, aż po ubrania. Nie wspominając już o klimatach dawnej Francji… To jest coś, co czuję i co zawsze będzie przewijać się w moich projektach. Zawsze działam według swojej intuicji. I cieszę się, że te nawiązania do stylów innych epok zauważają moje klientki – „Coś takiego nosiła moja mama”, ten komentarz budzi uśmiech na twarzy.

Marzy mi się zobaczyć szafę pani, która ma 70 lub 80 lat, mieszkała we Francji i jest piękną, elegancką kobietą.

W swoich projektach korzystam z dość ryzykownej jak na polską klientkę gamy kolorów: ciemna czerwień, fioletu, zieleni… Tak, właśnie zieleń upodobałam sobie szczególnie, kocham ją od zawsze. Moje klientki chyba też!

Po trzecie: miej jasno określony cel

Wiedziałam, gdzie chcę dojść. Nie chodzi nawet o to, że chciałam kiedykolwiek być osobą znaną – nie, nigdy nie było to moje marzenie. Nie. Ja po prostu chcę, żeby ludzie doceniali moje rzeczy. Niesamowicie się zawsze cieszę z komentarzy, że coś pięknie jest uszyte, że kolekcja przypadła komuś do gustu.

Ta praca dużo nauczyła mnie o sobie. Bywało, że miałam zamierzony cel, ale w ostatnim momencie musiałam podjąć trudną decyzję i go zmienić. Takie doświadczenia pokazały mi, że w życiu trzeba być elastycznym, że trzeba się do pewnych rzeczy „dopasować” – ale i przy tym wciąż podążać w tym samym kierunku, jaki sobie zamierzyliśmy. Będę szyć to, co czuję. Mój główny plan na 2021 to wyjść poza Polskę.

Po trzecie: z każdej sytuacji wyciągaj coś pozytywnego

W marcu wszyscy zastanawiali się „co będzie dalej?”. Ja jestem taką osobą, która z każdej sytuacji chce wyciągać coś pozytywnego. Widzę teraz, że przez pandemię branża modowa na pewno zmieni się na plus. Nie będzie już tych iluś tam sezonów, nie będzie tej gonitwy. Ja trzymam się mojego celu na 2021 rok – mamy wstępne rozmowy o sprzedaży we Francji, wydaje mi się, że sytuacja wywołana przez pandemię na pewno zaszkodzi w jakimś stopniu, ale przyniesie też dobre zmiany w branży. Początki kryzysu wywołanego przez Covid-19 źle wspominam. Ale udało mi się wtedy wreszcie zatrzymać. To był czas, kiedy musieliśmy zdecydować, co dalej. Ja na przykład kiedyś szyłam przede wszystkim odzież skórzaną albo jedwabną. I zdecydowałam się wreszcie na piżamy, które chodziły mi po głowie od dłuższego czasu. Pandemia przyśpieszyła realizację pomysłu

Po czwarte: rozwijaj się i bądź wierny/a sobie

Jak idzie biznes po 4 latach? Są wzloty i upadki, ale w tej chwili czuję się pewniejsza w biznesie. Nie zmieniłam planów na sezon jesień-zima i już się go nie mogę doczekać. Będzie odzież skórzana, wzór węża… piżamy jednak z nami zostają w kolekcji stałej. Niedługo wyjdzie kolejna kolekcja kapsułowa. I, jak zawsze, będą lata 80!

Przeczytaj również >>> #CareerMonday: Jak pokonać obawy i zacząć własny biznes?