Skuteczność potwierdzona praktyką gabinetową, pełna transparentność składów i intuicyjne tworzenie produktów — tak powstało Make My Dream Cosmetics. W rozmowie z Fashion Biznes, założycielka – Ewa Olczak-Dziadolka, opowiada o impulsie, który zmienił się w markę, o filozofii, która przyciąga świadome klientki, oraz o tym, dlaczego w kosmetologii ważniejsze od trendów są potrzeby skóry i emocjonalna inteligencja.
Fashion Biznes: Skąd wziął się pomysł na stworzenie Make My Dream Cosmetics? Czy był to wynik osobistych doświadczeń, obserwacji rynku, a może spełnienie marzenia?
Ewa Olczak-Dziadolka: Z codziennej prac y gabinetowej. Brakowało mi formuł naprawdę skutecznych, wspierających terapie i w 100% transparentnych składowo.
Co było dla Pani największą inspiracją przy tworzeniu pierwszych produktów?
Moi pacjenci, a właściwie pojedyncze osoby. Krem na dzień z filtrem przeciwko blue light powstał, ponieważ zobaczyłam zniszczoną skórę światowej fotografki z Paryża, pracującej w takim świetle codziennie. Postanowiłam pomóc kobietom takim jak ona.
Czy pamięta Pani moment, w którym pomyślała Pani: „to jest właśnie ten czas, żeby stworzyć własną markę kosmetyczną”?
Tak. Jechałam samochodem z Krakowa, z targów kosmetycznych, do domu w Warszawie. To był impuls, który zamienił marzenie w projekt.
Jak wyglądały początki — od pomysłu do gotowego produktu? Jakie emocje towarzyszyły temu procesowi?
Ekscytacja przeplatana nauką i uporem. Każde „nie” przekuwałam w kolejny etap: surowce, kompatybilność z opakowaniem, challenge-testy układu konserwującego, badania aplikacyjne. Małe, konsekwentne kroki złożyły się na pierwszą premierę.
Co wyróżnia Pani markę na tle innych?
Skuteczność poparta praktyką. Linia jest modułowa — każdy produkt ma konkretną rolę, razem tworzą synergię, a jednocześnie są niekomedogenne i przyjazne skórze problematycznej (trądzik, skłonność do zaskórników).
Jakie wartości przyświecają Pani w budowaniu marki — zarówno w kontekście produktów, jak i relacji z klientkami?
Aby dowoziły jakość, aby były dla osób, które mają problemy lub chcą mieć zaopiekowaną skórę na najwyższym poziomie.
Jak ważna jest dla Pani transparentność składów i etyczna produkcja?
Mówimy jasno, co i dlaczego znajduje się w formule oraz jakie badania przeprowadzono — bez „magicznego marketingu”. Chronimy jedynie wrażliwe szczegóły technologiczne, by nie ułatwiać kopiowania wielomiesięcznej pracy laboratoriów, zawsze zgodnie z wymogami UE.
Jak powstają nowe produkty? Od czego zaczyna się proces ich tworzenia?
Od marzenia o stworzeniu produktu, który w inny sposób pomoże niż te dostępne dotychczas.
Który produkt okazał się największym wyzwaniem, a który przyniósł Pani najwięcej satysfakcji?
Tonik z kwasem azelainowym i aloesem dla cer trądzikowych. Startowałam bez kontaktów, bez wiedzy o łańcuchu dostaw opakowań czy etykiet. Kiedy finalna partia przeszła badania i trafiła do pacjentek, poczuliśmy ogromną satysfakcję — to był moment: „to działa i pomaga”.
Jakie składniki lub technologie uważa Pani za najbardziej przełomowe we współczesnej kosmetologii?
Peptydy, oligopeptydy, hydroksykwasy. Klucz to nie tylko składnik, ale właściwa matryca, stężenie i pH.
Czy Make My Dream Cosmetics stawia bardziej na naturalność czy innowacje technologiczne?
Na połączenie. Trzeba czerpać zewsząd po trochu i mieć dobry balans pomiędzy proporcjami. To wiedza osób z wysoko rozwiniętą inteligencją emocjonalną — ona bardzo przydaje się w tworzeniu produktów kosmetycznych. Musimy wiedzieć, czego ktoś będzie chciał używać — i zrobić to dobrze.
Kim są kobiety, które najczęściej wybierają Pani kosmetyki?
Zazwyczaj są to wykształcone kobiety, które chcą wyglądać zdrowo i naturalnie, ale nie przerysowanie. Kochają minimalizm w modzie i w kosmetyczce również.
Jak zmieniają się oczekiwania konsumentek i jak Pani marka na nie odpowiada?
Nie staram się być modna. Kosmetyki mają być skuteczne, a nie nadążać za modą. Skóra człowieka nie zmienia się na przestrzeni pokoleń — cały czas mamy tyle samo warstw. Pogoń za trendami to napędzanie sprzedaży, nie skuteczności. Jeśli jednak pojawia się świetny, skuteczny surowiec, dodaję go do produktu w tempie światła — jak np. peptydy.
Czy media społecznościowe i influencerzy mają duży wpływ na rozwój Pani marki?
W mojej marce bardzo. Influencerzy to moi znajomi, którzy mimochodem pokazują moje produkty, które uwielbiają i stosują — często po kryjomu, mimo kontraktów z innymi markami kosmetycznymi.
Jakie ma Pani plany na rozwój marki w najbliższych latach?
Aktualnie nie mam ciśnienia. Jeśli będę tworzyć coś nowego, to raczej produkty poboczne — peeling czy maskę — bo pełną linię już stworzyłam. Myślę też nad linią kolorową, bo pacjentki bardzo proszą o zdrowy makijaż.
Czy możemy spodziewać się nowych linii lub wejścia na rynki zagraniczne?
Szczerze mówiąc — sama nie wiem, czego się po sobie spodziewać. Nie mam strategii ani planu. Tworzę kosmetyki z przyjemności, potrzeby i natchnienia chwili. W tym roku pojawiły się dwa nowe produkty, ale rok temu miałam taką blokadę, że przez pół roku nie napisałam ani jednego maila do laboratoriów. Dopiero wakacje „odkorkowały” moją głowę. Jeśli poczuję potrzebę wejścia na zagraniczny rynek — zrobię to na pewno (śmiech).
Co dla Pani oznacza „spełnianie marzeń” — w kontekście nazwy Make My Dream?
Życie na własnych zasadach i posiadanie czasu na to życie.
Przeczytaj również: [EXCLUSIVE] Polska fotografka Agata Serge stworzyła album z ikonami modelingu
