Monika Frydrych jeszcze niedawno zarządzała komunikacją na 13 europejskich rynkach w Zalando. Dziś rozwija własną markę hair care, która zaledwie 18 miesięcy po debiucie trafia na półki drogerii Sephora. O wypaleniu zawodowym, budowaniu Luare od zera i o tym, dlaczego największe przełomy zaczynają się często od ryzyka, opowiada w rozmowie z cyklu K(B)ariery.
Twoja droga zawodowa zaczęła się od…
Moja droga zawodowa zaczęła się totalnie poza branżą beauty. Po liceum w małym miasteczku we wschodniej Polsce zaczęłam studia w Warszawie. Studiowałam europeistykę na Uniwersytecie Warszawskim i marzyłam o karierze w dyplomacji albo o dziennikarstwie zagranicznym. Pracowałam nawet chwilę w Ambasadzie RP w Brukseli, natomiast jako 20-latka… po prostu się tam nudziłam (chociaż dziś, z perspektywy czasu, myślę że to mogła być fajna, spokojna praca). Z kolei dziennikarstwem zagranicznym nikt wtedy specjalnie nie był zainteresowany, więc moje rozmowy rekrutacyjne w TVN24, „Newsweeku” czy „Polityce” kończyły się rozczarowaniem.
Trochę przypadkiem trafiłam do świata komunikacji – w ambasadzie zastępowałam attaché prasowego, w momencie, gdy natknęłam się ogłoszenie o stażu w Dziale Prasowym Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Zawsze bardzo interesowałam się kinem, więc pomyślałam, że to może być dobry kierunek. Bardzo dobrze wspominam ten czas – pomagałam w organizacji wywiadów z reżyserami, aktorami, współorganizowałam pokazy filmowe dla posłów połączone ze spotkaniami z twórcami w siedzibie Sejmu przy Wiejskiej, pracowałam w pięknej kamienicy przy Krakowskim Przedmieściu. Po 3 miesiącach program stażowy jednak się skończył a wakatów nie było. Wtedy znalazłam ogłoszenie do działu PR TVN – to były czasy pierwszej edycji „Tańca z gwiazdami”, kiedy tańczył Andrzej Gołota i pierwszych edycji Orange Warsaw Festival. Natomiast po raz kolejny program stażowy powoli się kończył a wolnych miejsc pracy widziałam, że nie było.
Pewnego dnia na Pracuj.pl trafiłam na ogłoszenie o programie stażowym w L’Oréal. Nie miałam pojęcia o marketingu czy biznesie – wiedziałam tylko, że lubię testować kosmetyki a koleżanki chętnie słuchają moich rekomendacji, szczególnie w dziedzinie produktów do włosów. Pamiętam, że moja koleżanka powiedziała mi wtedy: „L’Oreal? Nie masz szans, tam aplikują tysiące osób po SGH”. Mimo to, postanowiłam spróbować. Dostałam się i tak zaczęła się moja przygoda konkretnie już z branżą kosmetyczną. To był kompletnie inny świat, coś czego zupełnie nie znałam i początkowo ciężko było mi w nim nawigować. Czasem dostawałam feedback, że projekt ma być “bardziej glamour” a event “z większym beauty touch” – zupełnie nie wiedziałam, o co chodzi. Gdyby ktoś mnie wtedy zapytał o detal z historii prawa międzynarodowego albo zasady witania się w protokole dyplomatycznym odpowiedziałabym bez zająknięcia – ale co to znaczy “z większym beauty touch” pojęcia nie miałam.
Pamiętam, że moim pierwszym projektem była organizacja backstage’u i komunikacji wokół pokazu Macieja Zienia – wtedy topowego projektanta mody. A ja nigdy wcześniej nie była na pokazie mody, ani nawet żadnego nie widziałam online. W tamtym czasie do głowy by mi nawet nie przyszło, że będę kiedyś mieć własną markę kosmetyczną.

Najlepszy i najgorszy moment w Twojej karierze to…?
Najgorszy moment to zdecydowanie wypalenie zawodowe, którego doświadczyłam w 2023 roku. Teoretycznie miałam wszystko. Miałam cudowną rodzinę. Pracowałam w Zalando – największym modowym e-commerce w całej Europie. Prowadziłam zespół PR na 13 rynkach. Miałam dużą odpowiedzialność i realny wpływ. Jeździłam po Europie – od Tygodnia Mody w Kopenhadze, przez konferencje w Berlinie po press tripy wybrzeżem Adriatyku. Dream job.
A jednocześnie czułam, że całe życie spędzam albo na walizkach albo (częściej) na niekończących się callach. A miałam dwójkę małych synków, z którymi chciałam spędzać więcej czasu i to mnie frustrowało. Miałam też poczucie, że zawodowo doszłam do ściany – miejsca, z którego nie bardzo jest gdzie iść dalej, bo w Polsce takich stanowisk PR-owych jak moje było bardzo mało, a w branży fashion czy kosmetycznej w zasadzie nie istniały. Zaczęło mi też brakować poczucia sensu w pracy, tak ogólnie.
To był bardzo trudny czas, który odbił się mocno na mnie i na mojej rodzinie. Na dodatek nie potrafiłam z tego wyjść – bo mimo, że podjęłam decyzję o zawodowej zmianie dużo wcześniej, nie byłam w stanie wdrożyć jej w życie. Po części bałam się co się stanie dalej, po części – jak wiele osób – miałam zobowiązania: kredyt hipoteczny, dzieci… W końcu jednak sytuacja nasiliła się tak mocno, że musiałam postawić kolejny krok. Do dziś pamiętam ten dzień i ogromne poczucie ulgi, gdy złożyłam wypowiedzenie – i to był jeden z najlepszych zawodowych momentów. Początek czegoś nowego.
Drugi taki najlepszy moment to dzień premiery Luare – 6 grudnia 2024, w imieniny mojego synka. Mimo, że zamiast świętować, siedziałam w domu cały dzień w dresie, gasząc pożary techniczne a śniadanie tego dnia zjadłam dopiero o 16:00. Na dodatek już tego pierwszego dnia zadzwoniła do mnie ogromna sieć perfumerii z zaproszeniem na spotkanie.
Trzeci najlepszy moment to dzień, w którym dostałam mail od Sephora: “Witamy na pokładzie!”. Byłam z siebie naprawdę dumna. Mała, młoda marka w największej na świecie sieci perfumerii, zaledwie 18 miesięcy po rynkowym debiucie. Jedyna polska marka hair care, w dodatku z obecnością stacjonarną, własnymi meblami… Czasem jeszcze w to nie wierzę!

Czego o Twojej pracy nie wiedzą inni?
Inni nie wiedzą tego, czego nie widać – lub co rzadko się pokazuje, też z uwagi na natłok zajęć. Z zewnątrz moja praca wygląda bardzo glamour – nowe produkty, piękne eventy, inspirujący ludzie. I to wszystko jest prawdą… tylko że to jest może 5% tej pracy. Pozostałe 95% to rzeczy, których nikt nie widzi. Jednego dnia odbierasz nagrodę, a drugiego przez 3 godziny prasujesz woreczki do produktów, bo przyszły ze szwalni pogniecione a nie ma czasu i sensu ich odsyłać. Jednego dnia jesteś na pięknym evencie, a kolejnego do drugiej w nocy składasz kartoniki jednym okiem oglądając Netflixa tylko po to żeby nie zasnąć w trakcie.
Przez pierwsze półtora roku robiłam wszystko sama. Pakowałam każdy produkt, składałam każde opakowanie, tworzyłam newslettery, prowadziłam social media, poprawiałam sklep internetowy, zajmowałam się PR, marketingiem, sprzedażą… Korzystałam oczywiście z usług podwykonawców, ale tylko tam, gdzie absolutnie musiałam lub nie byłam w stanie nauczyć się robić tego sama (np. księgowość, logistyka). Podpisywałam kontrakt z Sephora jako one woman show, pracując przy 60-centymetrowym biurku w sypialni.
Myślę, że mało kto zdaje sobie sprawę, ile fizycznej pracy i ile samotnych godzin stoi za „ładnym brandem”. Ale jest też druga strona – ogromna satysfakcja z tego, że naprawdę znasz swój biznes od podszewki. Ja nauczyłam się wszystkiego: od Illustratora po zarządzanie cashflow. I to daje ogromną siłę na kolejnych etapach, gdy marka się rozwija.
Przeczytaj również: Monika Frydrych debiutuje z luksusową marką do pielęgnacji włosów. „Luare łączy jakość, minimalizm i troskę o długofalowe zdrowie włosów” [WYWIAD]

Co byłoby dla Ciebie zawodowym spełnieniem marzeń?
Zakładając Luare, zrobiłam sobie listę marzeń “na za rok” i “na za 5 lat”. Na szczycie listy “za 5 lat” było wejście do Sephora, chociaż wpisywałam ten punkt drżącą ręką, trochę w obawie, że te 5 lat to za szybko, że może nie będę wpisywać bo się rozczaruję.
Mimo to, zostawiłam ten punkt i często wyobrażałam sobie siebie, przed swoją szafą w Sephora, sprawdzającą ułożenie produktów. Chyba ta wizualizacja zdziałała, bo Luare zadebiutowało w Sephora w Polsce i Czechach zaledwie 1,5 roku po rynkowym starcie. To jest branżowy fenomen – a dla mnie osobiście potwierdzenie tego, jak ogromną moc ma wiara w swój pomysł i konsekwencja w jego budowaniu. Teraz tylko chyba muszę zrobić nową listę ;)
Myślę, że znajdzie się na niej kolejny, naturalny dla Luare krok – rozwój międzynarodowy. Mamy w Polsce ogromny potencjał i świetnie rozwinięty przemysł kosmetyczny. Do tej pory marki globalne przychodziły do nas z USA lub Europy Zachodniej, tymczasem Polska naprawdę nie ma się czego wstydzić. Chciałabym dołożyć swoją cegiełkę do rozwoju tej branży i zbudować markę globalną. I wierzę, że to właśnie będzie kolejny rozdział tej historii – żeby marka stworzona w Polsce mogła być obecna na półkach najlepszych perfumerii, nie tylko w Europie ale na całym świecie.

Cechy, które powinna mieć osoba, która chce podążać Twoją drogą to…
Na pewno wytrwałość i pracowitość – tu naprawdę nic nie dzieje się samo. Ja mam to chyba po mojej Mamie, że nie usiedzę – wciąż muszę coś robić, planować, myśleć o tym “co dalej”. Spotkać mnie odpoczywającą na kanapie to jest obrazek niespotykany, ja po prostu nie umiem tego robić.
Dwa – ogromna samodyscyplina. Własny biznes daje wolność, ale też mnóstwo pokus. Nikt Cię nie pilnuje, w teorii można robić co się chce, więc wszystko zależy od Ciebie. Bez samodyscypliny, samokontroli, jasnego planu dnia i priorytetyzacji zadań trudno jest zbudować coś trwałego.
Trzecia rzecz to odwaga do podejmowania ryzyka – i to jest ciekawe, bo to nie była moja naturalna cecha. Musiałam się tego nauczyć. Z natury jestem osobą mitygującą ryzyko, ostrożną, bez skłonności do brawury. Nawet na parkingu podziemnym we własnym bloku jak wjeżdżam na miejsce postojowe to włączam kierunkowskaz ;) W biznesie wiele razy podejmowałam jednak decyzje wbrew mojemu naturalnemu „rozsądkowi” – bardziej bazując na intuicji albo z chęci pójścia pod prąd. I to właśnie te decyzje okazywały się przełomowe.
Dużą rolę odegrała też moja wrażliwość – na estetykę, design, ale też na ludzi i relacje. Dzięki temu mogłam stworzyć coś, co wyróżnia się na rynku.
I jeszcze jedna rzecz: relacje. Networking to nie są tylko kawy i spotkania – to realny kapitał. I warto o niego dbać.
Kim byś była, gdyby nie to, co robisz teraz?
Na 100% byłabym lekarzem. To moje niespełnione marzenie. Ogromnie podziwiam moją mamę, siostrę, szwagra – wszyscy są lekarzami. W głębi duszy zazdroszczę im ich pracy i tego, jak bardzo są potrzebni. Gdybym mogła zacząć od nowa, poszłabym właśnie w tym kierunku. Najpewniej zostałabym pediatrą.



