„Chciałabym, żeby projektowanie wizualne miało wpływ na świat i go zmieniało”. WYWIAD z BARRAKUZ

1135
barrakuz wywiad
Fot. Paula Patocka

Beata Śliwińska, czyli Barrakuz to obecnie jedna z najbardziej pożądanych graphic designerek i ilustratorek na rynku. Jest autorką postprodukcji graficznej sesji edytorialowych i modowych, okładek płyt muzycznych, okładek książek, ilustracji, oprawy graficznej wydarzeń kulturalnych, koncertów, a także identyfikacji wizualnych. Współpracuje m.in. z Adidasem, Audioriver Festival, Puro Hotels, Local Heroes, Orska czy Levi’s. Jej pracę docenił i wydrukował włoski „Vogue”, a plakaty były prezentowane podczas LA Artistic Book Fair w Los Angeles.

Paulina Filipowicz: Z wykształcenia jesteś architektem krajobrazu. Skąd pomysł na podjęcie zawodu Visual designerki, ilustratorki? 

Beata Śliwińska: Od dziecka miałam ciągoty do rzeczy, kształtów, obrazów. Byłam – można na obecne czasy powiedzieć – z kreatywnym potencjałem, więc chyba bardziej zapytałabym siebie teraz skąd pomysł na architekturę. Choć ta nauczyła mnie wielowarstwowego patrzenia na świat, szacunku do przestrzeni, tego czym się otaczamy w codziennym życiu. Dzięki architekturze jestem bardziej kompletna jako Visual Designerka. Spektrum bodźców jest także zupełnie inne, mimo iż oba światy są związane z designem. W projektowaniu bardzo działają na Ciebie kolory, kompozycja, temat i jego przełożenie w danej technice, rozwinięcie w wyobraźni. W architekturze częściej rozwiązujesz jakiś problem.

Dla mnie design to rozwiązywanie problemów i synteza. Kiedyś tego nie doceniałam, myślałam, że dyplom inżyniera odwieszę na kołku z kategorii edukacja, ale im więcej pracuję w kreacji, tym coraz częściej mi się on przydaje. Z bardziej przyziemnych kwestii – jestem bardzo niecierpliwym i często niepokornym projektantem –  lubię akcję-reakcję i efekt w stosunkowo szybkim czasie. W architekturze proces jest długotrwały i zwyczajnie źle go znosiłam.

Twoją domeną jest przede wszystkim kolaż. Dlaczego wybrałaś właśnie tę technikę?

W momencie kiedy zajęłam się kulturą kolażu w Polsce nie był on zbyt popularny. Mówię tutaj o takim odłamie kolażu, którym się zajmuję – czyli bardzo nowoczesny, wręcz dekonstruktywny, czerpiący z rozpadu i ponownej budowy obrazu, foto manipulacji, przeróbek graficznych. Teraz już ciężko nazwać to kolażem. Za dużo jest modyfikacji wynikających z posiadanych narzędzi, stylów i atrybutów czy dodatków liternictwa, by spłycać to do terminu kolaż. Ale tak, na pewno od tego się to zaczyna, od istniejącego obrazu papierowego lub cyfrowego. Nie jest tak, że wybrałam tę technikę, bardziej był to wynik eksperymentów graficznych, rozwinięcia warsztatu manualnego (zaczęłam od projektów wykonywanych ręcznie).

Dla mnie to jest swoista gra z odbiorcą, połączenia i mieszanie znaczeń, obecny establishment kultury obrazkowej, nadprodukcja wizualna –  to wszystko pozwala mi na snucie się po procesie i zaskakiwanie odbiorcy, albo wywołanie zachwytu, czasem odrzucenia. Niewiele osób zapewne ma tę świadomość, ale dzięki tej technice pracy mam zapewnioną codzienną dawkę informacji i inspiracji, bo research to ogromna część pracy.

Jesteś autorką postprodukcji graficznej sesji edytorialowych i modowych, okładek płyt muzycznych, książek, ilustracji, oprawy graficznej wydarzeń kulturalnych, koncertów, prowadzisz warsztaty i autorski sklep internetowy. Czy w ogromie wyzwań i projektów znajdujesz jeszcze czas na odpoczynek?

Jest z tym niezwykle trudno, ale ostatnie dwa miesiące staram się wprowadzać balans między pracą a odpoczynkiem, życiem prywatnym. Trochę jest tak, że moja praca jest częścią mojego życia i nie da się kompletnie wyjść i zamknąć za sobą drzwi. Na pewno mój dzień pracy jest obecnie spokojniejszy, co jest potrzebne na oczyszczenie głowy z ‚odpadów poprojektowych’. Mam też świadomość tego, że nowe projekty czekają na mnie jesienią i zimą, dlatego przygotowuję się do tego okresu już teraz. Minusem jest na pewno fakt, że mam skłonności do pracoholizmu, więc muszę na bieżąco szukać balansu.

Jak wyglada Twój proces tworzenia kolażu ? Od czego zaczynasz swoje projekty? 

To jest chyba zbyt skomplikowane i różnorodne by opisać to w kilku zdaniach. W skrócie mogę powiedzieć, że proces jest podzielony na kilka etapów, z których najobszerniejszymi są research – czyli dobór i wyszukiwanie materiałów do projektu i właściwe projektowanie. Projekty więc zaczyna się od zebrania puli materiałów, obrazów, skrawków, tekstów, przymiarki, dobory kolorów czy odpowiadanie sobie na pytanie „czy to wygląda dobrze ze sobą”. Proces potrafi być złożony, ale jest naprawdę dynamiczny, potrafię często coś zmieniać. Niejednokrotnie projekty są efektem pewnego przypadku – bycie uważnym i obserwacja są fajnym skillem w takiej pracy.

Który projekt był Twoim ulubionym? Z którego jesteś najbardziej dumna? 

Zwykle jest nim ten, który jest jeszcze przede mną. Natomiast ostatnio bardzo wiele dał i nauczył mnie projekt dla Spotify Premium.     

A który był największym, najtrudniejszym wyzwaniem? 

Na pewno sporym wyzwaniem był projekt dla Teatru Syrena, na kwietniową premierę spektaklu, ale wynikało to z nałożonego przeze mnie procesu pracy. Przy tym projekcie prócz sesji zdjęciowej wykonanej przez one & only Pawła Fabjańskiego, doszedł proces pracy nad makietami plakatów, które wykonywałam ręcznie, które były ponownie poddane sesji fotograficznej i już finalnej postprodukcji graficznej. Zależało mi na połączeniu cech projektu papierowego z możliwościami komputerowymi, obawiałam się oczywiście bardzo, ale efekty nas zaskoczyły bardzo pozytywnie. Czasem warto wychodzić ze strefy komfortu, nawet jeśli miałoby to być zrobienie zdjęć do projektu. Niemniej chyba apetyt rośnie w miarę jedzenia i życzyłabym sobie regularnie nowych wyzwań, moja natura się tym niezaprzeczalnie karmi. Istnienie wyzwania w projekcie stymuluje mnie kreatywnie i pobudza do pracy.

Mieszkasz w Warszawie. Czy Warszawa Cię inspiruje? Odnajdujesz w tym mieście inspirację do swoich prac? Czy może czerpiesz ją z innych miejsc? 

Miasto nie ma w mojej pracy szczególnego znaczenia. Projekty powstają niezależnie od miejsca czy pory dnia, roku. Być może dłuższy pobyt w innym mieście dałby mi dawkę nowości i pewien powiew świeżości, ale Warszawa jest na ten moment miejscem, w którym mieszkam i pracuję. Staram się wyjeżdżać, poznawać nowych ludzi, zabierać ze sobą pracę jeśli to możliwe, albo celowo jej nie zabierać. Wydaje mi się, że najwięcej czerpiemy wiedzy i mądrości z innych ludzi i podróży. Wierzę w to i w tym szukam nowych odsłon siebie jako projektantka, twórczyni, artystka. Ubiór, kultura, jedzenie, architektura – zewsząd można czerpać inspirację. W Warszawie, czy innym mniejszym mieście czy wsi także – trzeba być uważnym i się przyglądać.              

Jaką radę miałabyś dla osób, które marzą o pracy jako Visual Designer?

Być gotowym na to, że to nie praca, a definicja stylu życia. Być konsekwentnym, pracowitym i na pewno pokornym. Czytać, oglądać, słuchać, dotykać – korzystać z potencjału zmysłów jakimi zostaliśmy obdarowani przez naturę.

Czy masz jeszcze jakiś projekt, współpracę marzeń? Z kim chciałabyś jeszcze współpracować ? 

Chciałabym, żeby projektowanie wizualne miało wpływ na świat i go zmieniało. Dopóki tego nie robi, musimy jako projektanci być pomostem między czynem, a wyobraźnią o tym czynie. Popychać innych do działania. Ważne, by projekty niosły za sobą coś więcej niż uciechę dla oczu. Fajnie gdy są społecznie zaangażowane, pomagają słabszym albo zwyczajnie koloryzują komuś szare życie. Życzyłabym sobie sprzężenia światów komercyjnych i prospołecznych. 

Zawodowo życzyłabym sobie rozwoju na poziomie globalnym, projektów które miałyby szerszy wydźwięk niż tylko wizualny. Jeśli chodzi o współpracę z konkretnymi osobami, myślę, że mogłoby to być projektowanie dla zrównoważonej mody z topowymi fashion designerami. Może Dries van Noten, Haider Ackermann lub Virgil Abloh? Marzeniem byłaby także z Alessandro Michele, odpowiedzialnym kreatywnie za Gucci! To moment kiedy design wychodzi poza papier czy komputer, a zaczynamy projektować rozwiązania, w których obraz łączy się z działaniem. W projektowaniu graficznym imponuje mi osoba Jessici Walsh czy Lety Sobierajski, uwielbiam także Quentin Jones, która podobnie jak ja porusza się w kulturze digital-collage. Może kiedyś uda mi się z nimi przeciąć na zawodowej drodze.

Bycie projektantem 360 – czyli zajmującym się wieloma sferami w projektowaniu to jest coś co imponuje mi i zagrzewa do działania. Projektuję także okładki płyt, muzyka jest niezwykle ważna w moim życiu, więc ambicjonalnie fajnie byłoby zrobić projekt szerokiego rażenia. Eric Timothy Carlson, Robert Beatty – to designerzy, którzy projektują super rzeczy do muzyki i marzyłabym o nauczeniu się czegoś od nich i włożeniu czegoś małego w swój pocięty styl. 

WYWIAD: „Połowa naszych studentów zmieniła pracę jeszcze w trakcie trwania studiów”