Hector & Karger od piętnastu lat konsekwentnie udowadniają, że polska moda premium może powstawać poza oczywistym centrum branży, a jednocześnie mówić językiem jakości, ambicji i międzynarodowych aspiracji. Marka Hektora Świtalskiego i Roberta Kargera wyrosła z potrzeby tworzenia ubrań dla kobiet świadomych siebie – takich, które nie szukają sezonowego efektu, lecz emocji, rzemiosła i wyrazistej elegancji.
Hektor Świtalski i Robert Karger stworzyli duet, w którym spotkały się dwa różne doświadczenia, temperamenty i sposoby patrzenia na modę. Od 2010 roku budują markę opartą na precyzji, autorskim języku projektowym i bliskiej relacji z klientkami, dla których ubranie ma być nie tylko elementem wizerunku, ale także osobistym komunikatem.
O tym, czym naprawdę jest dziś prowadzenie marki modowej, jaką rolę w rozwoju projektanta odgrywają mentorzy, dlaczego pokaz mody to dopiero początek pracy i czy polska moda jest gotowa na eksport, rozmawiam z duetem Hector & Karger.
Magda Posełek, Fashion Biznes: Hektorze, wyjechałeś do Londynu w momencie, gdy niewielu polskich projektantów decydowało się na studia w London College of Fashion. Robert, Ty rozwijałeś się w poznańskiej Akademii Sztuk Pięknych. Jak te dwa zupełnie różne doświadczenia ukształtowały Wasze myślenie o modzie i dlaczego, mimo odmiennych punktów wyjścia, okazały się tak kompatybilne w budowaniu jednej marki?
Hektor Świtalski: Niewielu się decydowało i niewielu nadal się decyduje. Nie wiem z czego to wynika, może z braku świadomości, a może barier finansowych. Wybór prestiżowej uczelni to inwestycja na lata, zmiana myślenia i kontakty na całe życie. Nie ma liczącego się projektanta / projektantki bez brytyjskich uczelni w CV. Tam się drzwi po prostu otwierają. Nie miałem planu wracać do Polski. Od razu po dyplomie zaproszono mnie do udziału w London Fashion Week Exhibition. Pojawiły się pierwsze propozycje, pierwsze oferty. Pamiętam zgłosił się stylista teledysku Justina Timberlake’a… Przyleciałem jednak, wydawało się na moment, prywatnie do kraju. I tak zostałem, budując tu nieoczekiwanie zawodowy duet.
Poznałem Roberta, miał 21 lat, studiował scenografię w Poznaniu, a z pasji do mody robił jednocześnie staż u swojej mentorki Evy Minge. Miał niesamowicie szerokie horyzonty, zaczęliśmy się dogadywać. Bez większego namysłu postanowiliśmy założyć markę o chwytliwym brzmieniu, pochodzącym od mojego imienia i nazwiska Roberta.
Wiatry zaczęły sprzyjać nieprawdopodobnie, poznaliśmy najbogatszą Polkę Grażynę Kulczyk. Błyskawicznie otworzyliśmy butik w Starym Browarze w Poznaniu. Tak zwany wielki świat spadł nam na głowę niemalże z dnia na dzień. Splendor w pełnej krasie, prywatne samoloty, zamknięte wydarzenia, osoby z pierwszych stron gazet i listy najzamożniejszych w kraju. To było jak sen. Bez większego planu i z pustymi studenckimi kieszeniami. Koniunktura była na tyle silna, że w tych nieudolnych próbach odpowiedzi na nią – zahartowaliśmy się na lata. I to chyba tu leży odpowiedź w kwestii kompatybilności tego duetu – praktyka.
Kiedy kończyłeś London College of Fashion, niewielu polskich projektantów decydowało się na studia magisterskie w Londynie. Miałeś okazję słuchać i obserwować ludzi, którzy definiowali światową modę – od Toma Forda i Vivienne Westwood po Annę Wintour. Patrząc z perspektywy czasu: czego nauczyły Cię te doświadczenia o tym, czym naprawdę jest moda – czy bardziej kreatywnym spektaklem, czy wymagającym biznesem i odpowiedzialnością za markę? Co z tamtego etapu najmocniej wpływa na to, jak dziś prowadzicie Hector & Karger?
Hektor Świtalski: O tym, że wyjadę do Wielkiej Brytanii na studia wiedziałem już w liceum. LCF jest do dziś w czołówce najlepszych uczelni świata. Tam przyjmują raptem kilkadziesiąt, czasem kilkanaście osób na rok. Do tego dochodzą niebotyczne koszty edukacji i pobytu. Musiałem temu sprostać. Dostałem się i zrobiłem dyplom magisterski na wymarzonej uczelni. Potem udało się również otrzymać miejsce z legędarnym Central Saint Martins College na wydziale konstrukcji ubioru. Tych zajęć na skutek innych zobowiązań nie miałem czasu się jednak podjąć.
W mojej rodzinie edukacja była czymś nienegocjowalnym, była kluczem do świata i pewności siebie. I taką właśnie pewność siebie wdrażam w naszą markę z Robertem. Od projektu po kontakt z kontrahentem. Do dziś dźwięczą mi słowa Toma Forda, który na swoim wykładzie maniakalnie wręcz zwracał uwagę na aspekt „creativity vs. commerce”, powtarzał – moda nie istnieje bez komercji, moda musi mieć realnych odbiorców, moda musi być sprzedawana. Inaczej pozostaje jedynie twórczością do kolejnej szuflady. Rozumienie komercji w modzie to trafne odpowiadanie na przemiany społeczne i gospodarcze w danej dekadzie. Otwartość umysłu po edukacji brytyjskiej pozostaje na lata i stety niestety nie dorównuje jej żadna inna. Londyn to świeżość i możliwości.

Na początku Waszej drogi pojawiła się Grażyna Kulczyk, czyli osoba, którą nazywacie matką chrzestną marki. Jak doszło do tego spotkania i co oznacza dla projektantów fakt, że ktoś naprawdę uwierzył w ich wizję, zanim zrobił to rynek?
Robert Karger: Nie od dziś wiadomo, że prawdziwy sukces nie istnieje bez mentora. Warto sobie kogoś takiego zjednać. Uczyć się. Bez względu czy jest to sport, prawo, medycyna czy moda. Zawodowiec, który poprowadzi lub dmuchnie w skrzydła. Pamiętam jak lata temu, jako mały chłopiec, czytałem taki magazyn Sukces. I pamiętam, jak dziś numer, na okładce którego była Grażyna Kulczyk. Pomyślałem wtedy, któregoś dnia muszę Ją poznać. I tak się stało, a nawet więcej.
W 2010 GK stała się matką chrzestną naszego… sukcesu. Jako jednym z nielicznych zaufała. Dała platformę do rozwoju marki Hector & Karger. I tak sobie myślę, że cokolwiek przyszłość nie przyniesie, tego nam już nikt nie odbierze. A my… dopiero się rozkręcamy. Z Panią Kulczyk mieliśmy wspólny język od pierwszego spotkania, dogadywaliśmy się bez słów, dogadujemy do dziś. To podobna wrażliwość. Jest wizjonerką z ogromnym doświadczeniem i ponadprzeciętną intuicją. Dla nas ten mariaż był jak one way ticket. Nigdy nawet przez myśl nam nie przeszło, by kiedykolwiek wycofać się z działania, pod którym postanowiła podpisać tak ceniona Mecenaska sztuki.
Od początku działacie z Poznania, choć polska moda od lat koncentruje się wokół Warszawy. Dlaczego świadomie wybraliście tę drogę i czego nauczyło Was budowanie marki z dala od branżowego centrum?
Robert Karger: Czasy się bardzo zmieniły, świat niezwykle skurczył. Dawne stereotypy szczęśliwie przeminęły. Nie musimy mieszkać w Warszawie, by „być”. Wielkopolska to region ludzi wymiernie przedsiębiorczych. Natomiast, nazwisko w branży staraliśmy się wypracować jak najrzetelniej, zarówno w redakcjach, jak i wśród gwiazd i stylistów. Przy odpowiedniej organizacji udaje się być docenionym, a kolekcje sprzedawać klientom z całej Polski. Nigdy też nie zależało nam na nadmiernych konwenansach towarzyskich. Dewizą była jakość, a to dotyczy również relacji z ludźmi. Wciąż wierzymy, że konsekwentna praca potrafi obronić się sama i nie trzeba niczego specjalnie dopowiadać.
Wiele osób marzących o pracy projektanta wyobraża sobie przede wszystkim pokazy, czerwone dywany i życie towarzyskie. Jak wygląda rzeczywistość prowadzenia marki modowej po piętnastu latach? Ile jest w niej kreacji, a ile Excela, logistyki i odpowiedzialności za ludzi?
Hektor Świtalski: Ten pozornie kolorowy świat to taki fenomen, który z jednej strony działa jak magnes i nigdy się nie nudzi. Z drugiej zaś, jest wyczerpującym do granic, bezwględnym interesem. My wciąż czujemy się jak na początku drogi, a każdy kolejny projekt kręci nas tak samo jak przed laty. Nie wiem, może ten stan to zasługa feedbacku ze strony odbiorców. Nas klienci nie męczą, wręcz przeciwnie – są motorem napędowym, są informacją, energią i swego rodzaju spełnieniem.
Niestety za tym co piękne, często stoi katorżnicza praca, terminy i presja. Chcesz być na topie, musisz zdać sobie sprawę, że żaden manager czy PR’owiec nie osiągnie za Ciebie celu. To historia o Tobie i tylko w Twoich rękach leży jak to poprowadzisz. Niezwykle wymagający biznes i finansowa studnia bez dna. Tu nie bazuje się na wypracowanym modelu, tu ciągle trzeba oferować nowości. Wielu się poddało twierdząc też, że na modzie nie da się zarobić. Pożyjemy, zobaczymy. Z pewnością modą, tak jak śpiewaniem – powinny zajmować się jedynie osoby do tego powołane.
Wasze projekty nosiły zarówno polskie gwiazdy, jak i światowe nazwiska: od Alicii Keys i Mariah Carey po Yoko Ono czy Joan Smalls. Czy taka współpraca rzeczywiście zmienia losy marki, czy jej znaczenie bywa przeceniane?
Hektor Świtalski: Zmienia losy marki, gdy do współprac zaprasza się idealnie dobrane osoby, podkreślające DNA marki. My, rzecz jasna nie jesteśmy na takim etapie, by móc rozdawać karty wybierając sobie światowe nazwiska do tego typu działań, a następnie zbierać z tego żniwo. Jak obserwuje się wielkie domy mody, to jednoznacznym jest że umiejętnie dopasowani ambasadorzy to wciąż kluczowy zabieg marketingowy. Natomiast, te wyjątkowe kobiety, którym udało nam się do tej pory przekazać produkty H&K to były nic innego jak – doskonale wykorzystane okazje. Zupełnie inne doświadczenia mamy ze współprac z całą plejadą polskich gwiazd. Tu rzeczywiście jest eldorado. Rzecz jasna są polskie gwiazdy, które realnie przekładają się na sprzedaż, ale szkopuł w tym, że segment odbiorców, dla którego dedykowany jest asortyment Hector & Karger niespecjalnie wzoruje się na tego typu marketingu.
Pracowaliście zarówno dla dużych firm odzieżowych, jak i rozwijaliście własną markę premium. Czego rynek masowy nauczył Was o biznesie i dlaczego ostatecznie wybraliście drogę bardziej niszową?
Robert Karger: Słuchać głosu potencjalnych odbiorców, reagować na zmiany społeczne i gospodarcze w regionie, odpowiadać na potrzeby konsumentów błyskawicznie. Nauczyliśmy się przede wszystkim pracy zespołowej i pokory w słuchaniu siebie nawzajem. To niezwykle cenne doświadczenia w przypadku osób tak autorytarnych jak osoby twórcze. Natomiast, własna marka to zgoda z naszą naturą i silną potrzebą etyki pracy. Zrównoważona moda to był nasz cel od zawsze. Kontrolowany jakościowy asortyment, niewyniszczający zarówno pracowników, jak i środowiska. Naszym ideałem jest profil biznesowy Toma Forda. Niewielka ilość butików na świecie, towar najwyższej jakości i niepodważalny prestiż.
Przez lata organizowaliście pokazy w Polsce i za granicą. Z perspektywy biznesowej: czy pokaz mody jest dziś inwestycją, narzędziem komunikacji, czy raczej kosztownym rytuałem, którego branża nie potrafi się pozbyć?
Robert Karger: Hmmmm, jest jednym i drugim. Branża nie potrafi się pozbyć, ale też czy musi? Pokaz to emocje, czy bez emocji moda istnieje… W Polsce latami pracowaliśmy z najlepszymi w branży, m.in. Katarzyną Sokołowską, bez jej jakości nie byłoby dalszych efektów. Czy to się nie opłaciło? Wątpię. W Polsce nie mamy tygodnia mody, projektanci indywidualnie przygotowują show. To miesiące pracy i cała masa krytycznych kosztów. Na ile to się kalkuluje dziś w Warszawie, wolimy nawet nie myśleć. My stawiamy na przedsięwzięcia zorganizowane z dużym feedbackiem jak Eurasian Fashion Week w Kazachstanie. Naszym celem od zawsze była sprzedaż, a nie salonowy PR.
Zostaliście wyróżnieni przez Ministerstwo Kultury i Instytut Rozwoju Przemysłów Kreatywnych. Czy po latach funkcjonowania w branży widzicie realny system wspierania mody w Polsce, czy nadal jest to raczej suma pojedynczych inicjatyw niż spójna strategia?
Hektor Świtalski: Brutalne, ale prawdziwe – przez ponad 15 lat pracy zawodowej na terenie naszego kraju nigdy nie spotkaliśmy się z żadną inicjatywą, która realnie, tym bardziej długofalowo, wpłynęłaby na rozwój mikroprzedsiębiorców z sektora fashion. Nikt i nic przez długie lata, nie dawał w naszym kraju wymiernego wsparcia od mentoringu po finansowe w tej branży. A wynikało to z faktu, że tej branży tak naprawdę u nas nigdy nie było. Oprócz kilku krytyków, stylistów i fachowych redaktorów, nie było najważniejszego – kupców. I ludzi wymiernie opiniotwórczych w tej dziedzinie.
My, nigdy też nie braliśmy udziału w żadnych konkursach, gdyż poza chwilowym poklaskiem w przypadku ewentualnej wygranej – nie poprawiało to w żaden sposób warunków wykonywania tego zawodu. Do teraz! Ministra Kultury Marta Cienkowska zmienia rzeczywistość. Odkąd polska moda stała się częścią kultury polskiej dzieją się cuda, a Instytut Przemysłów Kreatywnych wraz ze swoją Radą zaczyna przypominać British Fashion Council, instytucję, która od lat daje wsparcie największym brytyjskim nazwiskom.
Bez takich inicjatyw nie ma nas – projektantów. Jak za wszystkim, w tym przypadku również, zawsze stoją konkretne jednostki, osoby namacalnie wpływające na zmiany, do takich należy Magdalena Christofii, kobieta, która zauważa talenty i ich potrzeby. Wie, że bez fachowej pomocy ciekawe podmioty nie przetrwają. IPK daje taką szansę po raz pierwszy w historii.
Za Wami niedawne pokazy w Rzymie, Nowym Jorku, a już za kilka miesięcy największy tydzień mody w Azji, czyli Euroasian Fashion Week w Kazachstanie. Czy polska moda jest dziś gotowa na eksport? Co trzeba mieć oprócz talentu, żeby zagraniczna publiczność potraktowała markę poważnie?
Robert Karger: Pokaz mody to aż i tylko marketing. To wierzchołek góry lodowej. Prawdziwa praca zaczyna się dzień po. Po wydarzeniu Polish Fashion Day w Nowym Jorku drzwi zostały otwarte. Pojawiły się propozycje od sprzedaży po agencje PR. Rzeczywiście można powiedzieć, że podbiliśmy Manhattan. Polacy niczym nie odbiegają od zagranicznych podmiotów. Mamy doskonałe rzemiosło i coraz lepszą jakość. Znamy języki, wyzbyliśmy się kompleksów. Teraz potrzeba środków i konsekwentnej pracy. To tylko od nas zależy, czy pokonamy dalsze aspekty – od produkcji, po słowność i bycie na czas. Kazachstan przed nami. To największe wyzwanie w naszej dotychczasowej karierze.
Wyniki eksportu to wielowymiarowy temat. Od potencjału do rozpoznawalności logotypu w danym regionie świata począwszy. Mamy świadomość, że mamy międzynarodowo brzmiące i chwytliwe logo, od tego bardzo dużo zależy. Mamy też zespół fachowców, zobaczymy. Nigdy nie jeździmy z wygórowanymi oczekiwaniami. W Nowym Jorku otrzymaliśmy dużo więcej niż nawet przypuszczaliśmy. Poznaliśmy m.in. wieloletnią muzę Toma Forda i aniołka Victoria’s Secret supermodelkę Joan Smalls, która od ręki wzięła nasze ubrania, podaliśmy też dłoń samej Annie Wintour. To są takie młodzieńcze marzenia, które niespodziewanie stają się rzeczywistością.
Mam wrażenie, że Wasze klientki przychodzą nie tylko po ubranie. Kim jest dziś kobieta Hector & Karger i czego, Waszym zdaniem, współczesne klientki premium potrzebują najbardziej?
Hektor Świtalski: Kobieta H&K to aktywna Polka w dobie wzrostu gospodarczego i ogólnych przemian we współczesnej Polsce. Poszukuje indywidualności. Bez względu na kręgi towarzyskie – żadna kobieta nie lubi pojawić się na ważnym dla siebie wydarzeniu w tej samej kreacji co koleżanka. To zdarza się nagminnie w przypadku projektantów czy marek z dużą produkcją ubrań. W chwili gdy ich produkty zdobywają przychylność rynku, a marka staje się zwyczajnie sezonowo modna, takie zjawisko zdarza się nagminnie. Wynika to z faktu, że dane kręgi szukają przynależności, wybierając nierzadko m.in. te same marki, a wręcz te same modele.
My stawiamy na unikatowość i krótkie serie ubrań. Nigdy nie zdarzyło nam się zawieźć odbiorcy. Obsesyjnie wręcz dbamy o okoliczności wokół, w przypadku zamówień realizowanych na miarę. Mieliśmy też zawsze na tyle szczęścia, że zasada przyciągania się podobnej energii sprawdza się u nas książkowo. Z naszych usług po prostu korzystają podobne nam charaktery. To są wyjątkowe kobiety, z tzw. jajem. I nie ma znaczenia, czy jest to gospodyni domowa, gwiazda show-biznesu czy prężnie działająca bizneswoman. Łączy je wspólny mianownik – mają ściśle określony obraz siebie i mało czasu w życiu na błędy.
Tworzycie duet dwóch bardzo różnych osobowości i wciąż mówicie o szczęściu do ludzi jako jednym z fundamentów sukcesu. Co według Was zbudowało Hector & Karger przez te piętnaście lat – byłaby to ambicja, konsekwencja, relacje czy może umiejętność czerpania przyjemności z pracy?
Robert Karger: To jest wypadkowa bardzo wielu czynników. Od siły wyniesionej z domu rodzinnego po grubą skórę nabytą za życia dorosłego. Moda jest niezwykle pasjonująca, ale to po prostu biznes. Nierzadko bardzo brutalny, zwłaszcza dla osób tak wrażliwych jak projektanci czy artyści. Niejednokrotnie jesteśmy narażani na ocenę, na komentarz, na wyssaną z palca plotkę. W tym chaosie naprawdę trzeba potrafić się odnaleźć, by nie odbijało się to na wynikach. I chyba w tym cała siła, że jest nas dwóch, że bez względu na różnice – zawsze możemy na siebie liczyć. A nie ma nic ważniejszego niż nasza wzajemna kondycja psychiczna, również kondycja naszego zespołu, tym samym dobre imię marki ogółem. Myśmy przeszli bardzo wiele. To taka historia na Netflix. Kiedyś opowiemy. Dziś już mało co może nas złamać. Ale faktem też jest, że niezwykle istotne jest kogo spotyka się na swojej drodze, na ile te osoby nas rzeczywiście windują, a na ile blokują. W odpowiedniej symbiozie – Sky is the limit!
Gdybyście mieli dziś zdefiniować Hector & Karger jednym zdaniem – zostawiając na boku marketingowe slogany – co naprawdę zbudowaliście przez te 15 lat?
Hektor Świtalski: Bazę najlepszej klienteli w kraju i odwagę na realne wyjście poza jego granice.
