„Zaryzykowałam, poszłam za głosem serca.” WYWIAD z projektantką marki Sinsay

1077
zdjęcie: mat. prasowe

Jagoda – projektantka, która od trzech lat pracuje w marce Sinsay na początku miała być księgową. Po otrzymaniu dyplomu stwierdziła jednak, że to moda jest tym, czym chciałaby się zająć. Zaczęła więc studia na MSKPU, próbowała swoich sił na konkursach, odbyła staże, pomagała Mariuszowi Przybylskiemu tworzyć kolekcję. Teraz jest projektantką marki Sinsay, a także prowadzi autorską markę. Jak wyglądała jej ścieżka kariery? Z jakimi wyzwaniami musi się mierzyć każdego dnia? I co najbardziej lubi w swojej pracy? 

Zacznijmy od tego, jak zaczęła się Twoja przygoda z modą? 

Moja historia wbrew pozorom nie jest stricte modowa. Skończyłam kierunek finansowy, miałam być księgową. Po studiach magisterskich stwierdziłam, że to jednak nie dla mnie. Moją pasją zawsze było szycie, lubiłam tworzyć torby, modyfikowałam ubrania, które kupowałam, chodziłam na kursy i szukałam jakiejś kreatywnej alternatywy. Po skończeniu studiów stwierdziłam, że jest to moment, w którym powinnam sprawdzić, czy moja pasja mogłaby przerodzić się w coś więcej. Wtedy zaczęłam studia na MSKPU w Warszawie. W tym samym czasie postanowiłam pójść na staż do projektantki z Poznania. 

Pasja przerodziła się w pomysł na życie i po jakimś czasie trafiłaś do Sinsaya. 

Zaczynałam na stanowisku asystenta projektantki. Wtedy współpracowałam z grupami asortymentowymi takimi jak: spodnie, spódniczki, dżinsy. Byłam wsparciem dla projektantki. Nie ukrywam, że kiedy zaczynałam, byłam przerażona, bo zastanawiałam się, czy to na pewno dobre miejsce dla mnie i czy nadaję się do tak dużej firmy (śmiech). Moje obawy szybko zostały jednak rozwiane. Wszystko szło do przodu i bardzo się cieszyłam, że mogę tę pracę poznać od podszewki. Wydaje mi się, że byłam na tyle zaangażowana i pracowita, że dostałam do prowadzenia własną grupę asortymentową – spódniczki. Później awansowałam na stanowisko młodszego projektanta i objęłam dodatkowe obowiązki – grupę spodni. To był skok na głęboką wodę, byłam młoda i bałam się, że mogę sobie nie poradzić, ale na szczęście zespół bardzo mnie wspierał. Teraz mam pod sobą trzy grupy produktowe, swój zespół, z którym udało mi się wypracować zasady i specyficzny system pracy. Dzięki temu pracuje nam się bardzo dobrze, co jest istotne w tym zawodzie. W tym momencie mogę powiedzieć, że czuję, że wiem co robię, jestem na dobrym miejscu i jestem z tego bardzo zadowolona.  

Mat. prasowe

Właśnie: wspominasz o wsparciu. Przechodziłaś przez wiele szczebli i współpracowałaś z różnymi osobami. Czy trafiłaś na kogoś, kto wprowadził Cię w tajniki tej pracy, czy byłaś rzucona na głęboką wodę i sama musiałaś ogarnąć co i jak?

Trafiłam pod skrzydła Anety, projektantki w marce Sinsay i muszę przyznać, że stała się ona moim mentorem. Wprowadziła mnie w firmę i tajniki zawodu. Wymagała ode mnie bardzo wiele, ale zawsze potrafiła znaleźć czas, żeby mi wyjaśnić wszystko, czego jeszcze do końca nie rozumiałam. Miałam też jasno określone obowiązki, więc zawsze wiedziałam czym się mam zająć. Nie było sytuacji, w której przychodziłam do pracy i czekałam na zadanie. Wręcz przeciwnie: wszystko od początku było konkretnie poprowadzone. Dzięki temu procesowi i Anecie teraz w podobny sposób wprowadzam swoje asystentki i myślę, że ten system się sprawdza. 

>>> Przeczytaj również: Prześwietlamy LPP: jak to jest z tym CSR-em?

W jakim zespole teraz pracujesz?

Mój najmniejszy team składa się z moich asystentów, kupca i jego asystentów, a także technologów. Są to osoby, z którymi mam cały czas ścisły kontakt. Jest to najmniejsza rodzina w pracy, ale tak naprawdę stale współpracujemy z wieloma osobami. Moja praca to zdecydowanie zawód dla ludzi otwartych, bo cały czas muszę nawiązywać i utrzymywać relacje. W tym momencie mamy dużo większe zespoły, niż wtedy gdy zaczynałam, bo Sinsay się bardzo rozrasta, wprowadzane są zmiany. Obecnie pracuję w sześcioosobowym zespole. 

Cały Sinsay składa się z różnych komórek. Jak udaje Wam się wszystko połączyć w spójną całość? 

Będąc projektantką w Sinsayu i porównując to do marki, którą sama prowadzę, to trzeba przyznać, że praca w Sinsayu ma przede wszystkim charakter zespołowy. Jasne, masz momenty, w których projektujesz i musisz się wykazać kreatywnością, ale większość rzeczy poza tym to przede wszystkim decyzje grupowe. Zaczynamy od spotkania wszystkich projektantów i omawiamy trendy, dzielimy się pomysłami, tworzymy moodboardy, kolekcje, pod które projektujemy. W ten sposób zawężamy sobie główne inspiracje i obszary, wokół których się później poruszamy. Mamy też spotkania, które mają na celu stworzenie wspólnych setów. Mam wrażenie, że naprawdę cały nasz dział to jedna wielka rodzina i czasem z jednego końca pracowni na drugi się krzyczy, by o coś dopytać, a na przerwach dogaduje jeszcze detale. 

Mat. prasowe

Wygląda na to, że to także bardzo rozwijająca praca. 

Tak, dla mnie nie ma stopu. Ciągle widzę nowe wyzwania. Ta praca bardzo dużo mnie uczy. Mam też wrażenie, że jestem na etapie, który pozwala mi na balans między prowadzeniem autorskiej marki i projektowaniem dla Sinsaya. Wiadomo, że praca w dużej firmie jest inna, ale myślę, że udało mi się to połączyć. W domu wyżywam się artystycznie, a w pracy mogę działać zespołowo i poznać branżę od handlowej strony. Te dwie dziedziny się przenikają, ale muszę też powiedzieć, że napędzają. 

A jak wygląda Twój zwyczajny dzień w pracy? 

Typowy dzień pracy wiąże się z komentowaniem wzorów, śledzeniem trendów. Mamy też dni związane z większymi spotkaniami zespołów. Osoby, z którymi współpracuję są w różnym wieku, ale nigdy nie zauważyłam, żeby między nami był jakiś dystans. Wszyscy traktujemy się na równi, wiemy, że działamy dla wspólnego dobra. Zdarzają nam się też delegacje i muszę przyznać, że jest to jeden z ulubionych aspektów mojej pracy. Te wyjazdy zdecydowanie otwierają oczy na wiele spraw. 

To znaczy? 

To są niezwykłe doświadczenia, każdy wyjazd czegoś uczy. Moja pierwsza delegacja, która chyba na zawsze utkwi mi w pamięci to podróż do Bangladeszu, do naszego biura w Dhace. Wreszcie miałam okazję zobaczyć fabryki z prawdziwego zdarzenia i myślę, że dla każdego projektanta to wielkie przeżycie. To było ważne doświadczenie także dlatego, że siedząc w pracy przed komputerem masz kontakt mejlowy z ludźmi z drugiego końca świata, ale ciężko Ci traktować ich jak realne osoby, swoich współpracowników. Nie masz z nimi żadnej więzi. Natomiast kiedy ich poznasz, ta praca nabiera jeszcze większego sensu. Dzięki wyjazdowi już wiem kim jest ta mejlowa Maria, jaki ma żart i w jaki sposób najlepiej z nią się porozumiewać. Kontakt wygląda zupełnie inaczej po osobistym poznaniu, bo w wyobraźni masz osobę, z którą się śmiałaś, rozmawiałaś. Po powrocie zupełnie inaczej zaczęłam patrzeć na wymieniane wiadomości. Ponadto widząc to wszystko, chłonąc kulturę, nowe miejsce, zaczynasz rozumieć pewne mechanizmy, potencjał dostawcy, ale też jego ograniczenia. Z innych zawodowych „przygód” miałam okazję być też w Chinach. Jadąc tam mogłam na „świeżo” skomentować nowe wzory, bo wiadomo, że na odległość to wszystko rozciąga się w czasie. Będąc na miejscu mogłam raz-dwa pozałatwiać pewne sprawy, które zazwyczaj trwają znacznie dłużej. No i oczywiście: poznałam nowe miejsca, do których pewnie bez pomocy firmy, w której pracuję na własną rękę bym nie dotarła. 

Na pewno swojej pracy nie możesz opisać jako rutynowej. Codziennie stajesz przed nowymi wyzwaniami. Które wspominasz najbardziej?

Mam wrażenie, że największym przeżyciem było dla mnie pierwsze spotkanie projektowe. Musiałam przygotować swoje projekty, obronić je i przedstawić w trendach. To było dla mnie wielkie przeżycie i do dzisiaj je wspominam!

A co z wyzwaniami, przed którymi stajesz jako projektantka ubrań dla nastolatek? 

W dobie Internetu nie jest to takie trudne. Naszego klienta jest łatwo poznać dzięki mediom społecznościowym. Prowadzimy też badania, bierzemy udział w szkoleniach. Raz na jakiś czas spędzamy kilka godzin w salonie Sinsaya i zawsze możemy podejść do osób, które robią tu zakupy; zapytać, co im się podoba i dlaczego, a co jest według nich niezbyt udane. Powiem szczerze, że mam na tyle łatwo, że mam młodszą siostrę, która jest dla mnie dużym wsparciem. Czasem, kiedy się za bardzo zapędzę w rejony high fashion to ona potrafi sprowadzić mnie na ziemię (śmiech). A tak poza tym to myślę, że ten klient jest też bliski mnie samej, sama jeszcze mam w sobie dużo z nastolatki i łatwo mi się w tej modzie odnaleźć. 

Mat. prasowe

Twoja siostra nosi Twoje projekty? 

Oczywiście! To jest bardzo miłe, kiedy widzisz w sklepie swoje projekty i dziewczyny ubrane w Sinsaya na ulicy. To fantastyczne uczucie, bo wcześniej robiłam jedynie bardziej artystyczne projekty i wiadomo: nie z takim zasięgiem. Zobaczyć kogoś, kto wraca właśnie ze szkoły w modelu zaprojektowanym przez Ciebie: to świetny dodatek do pracy. 

A co z Twoją autorską marką, o której wspomniałaś? Praca w Sinsayu nie wyklucza prowadzenia jej? 

Może to zabrzmi dziwnie, ale powiem szczerze, że tak naprawdę gdyby nie LPP to nie wiem co byłoby z moją marką. Kiedy dostałam się do Sinsaya uznałam, że w takim razie muszę być dobra w tym co robię. Pomogło mi to poczuć się pewnie jako projektantce, zaczęłam brać udział w konkursach. Wygrałam Art&Fashion Forum co było i nadal jest dla mnie ogromnym osiągnięciem. Tam poznałam też wspaniałych ludzi, w tym Marka Fasta, który mnie popchnął w dobrą stronę i docenił moje pomysły, a te nie zawsze znajdowały zrozumienie wśród szkolnych wykładowców (śmiech). Myślę, wszystkie moje doświadczenia bardzo na siebie wzajemnie oddziałują. Jedno wynika z drugiego. Moja praca zawodowa uzupełnia się z prowadzeniem autorskiej marki. Poza tym nie oszukujmy się: ciężko byłoby mi utrzymać się z moich autorskich projektów. Nie wyobrażam sobie, że wstaje rano, nie mam stałej pracy i robię w zamknięciu tylko swoje autorskie rzeczy. Moja marka i praca zawodowa nie zjadają się wzajemnie, a wręcz przeciwnie. W LPP świetne jest to, że firma nie zamyka drogi do rozwijania się na innych polach. Moi znajomi z pracy bardzo mnie wspierają, moja project menedżerka chodzi nawet w koszulce z mojej autorskiej kolekcji!

>>> Przeczytaj również: WYWIAD z Zuzą Krajewską: „Fotografia to ciężka praca, od której psuje się kręgosłup.”

A czy praca komercyjna pomaga Ci w tej artystycznej? 

Tak, to na pewno. Po tych trzech latach moje patrzenie na modę się zmieniło, potrafię spojrzeć na oczekiwania klientów, mogę „wyczuć” co spodoba się odbiorcom i myślę, że ta wiedza pomaga mi też rozwijać moją markę. 

Pamiętam Twoją kolekcję dyplomową na MKSPU. Odważna, kolorowa, z geometrycznymi kolażami. Czy swoją ofertę też kierujesz do młodych osób, wiekowo podobnych do odbiorców Sinsaya? 

W mojej indywidualnej marce nie określam mojego klienta wiekowo, patrzę na niego raczej pod względem jego odwagi i chęci eksperymentowania z modą. To faktycznie są rzeczy mocno kolorowe. W tym roku na przykład miałam okazję wystawiać się na Open’erze i zawsze myślałam, że moje projekty przemawiają raczej do osób młodych, między 20-30 rokiem życia, ale przychodziły osoby dużo starsze. Dlatego nie chcę myśleć o moich klientach jak o osobach 20-letnich. Jeśli ktoś zobaczy w moich ubraniach coś dla siebie, to chcę się tym dzielić i z nastolatkami, i osobami po 50-tce.

Sinsay jest teraz najszybciej rozwijającą się marką z portfolio LPP, czujecie, jako zespół, dumę?

Jasne, że czujemy dumę! Zresztą często świętujemy dobre wyniki i drobne sukcesy (śmiech). Nasz zespół jest tak zgrany, że często po pracy spędzamy ze sobą czas wolny. 

W portfolio LPP jest pięć marek. Czy podczas pracy nad Waszą propozycją towarzyszy Wam duch rywalizacji? Podpatrujecie co dzieje się na przykład w Reserved?

Na pewno ciągle obserwujemy i podpatrujemy co się dzieje w innych markach i oczywiście chcemy być najlepsi! Trzeba pamiętać o tym, że każda z marek LPP jest skierowana do innego, konkretnego klienta i nie zjadamy się wzajemnie, każdy idzie swoją drogą, ale to nie zmienia faktu, że na siebie patrzymy i chcemy być na przodzie.  

Jest teraz wielu młodych projektantów, którzy kończą szkołę, nie zawsze wiedzą co po niej robić, biorą się za autorskie marki, które ze względu na brak doświadczenia nie tyle projektowego co biznesowego, a także silną konkurencję nie zawsze radzą sobie tak, jakby ich właściciele chcieli. Z drugiej strony młode osoby zastanawiają się nad pracą dla dużych firm jak LPP, ale często boją się tego, że te zabiją ich autorskie pomysły i kreatywność.

Masz rację, też się z tym spotkałam. Ja osobiście uważam, że zrobienie chociażby stażu w dużej firmie może bardzo pomóc. Poza tym zachęcałabym do aplikowania do nas nie tylko osoby świeżo po studiach, ale każdego projektanta, bo myślę, że każdy powinien poznać biznes od tej bardziej komercyjnej strony. Jasne, każdy ma na ten temat swoje wyobrażenia i obawy, ale przychodząc tu, ma szansę poznać wszystko od podszewki i nauczyć się wielu rzeczy, o których nie było mowy w szkole. Poza tym ma szansę sprawdzić się w pracy z ludźmi, nauczyć gry zespołowej, ale też tego, jak przekonać kogoś do swojego pomysłu, jak wypracować kompromis. To jest bardzo ważne w pracy każdego projektanta! Jeśli ktoś już teraz wie, że chce mieć własną markę to i tak warto przyjść i zobaczyć, jak pracuje duża firma, poznać doświadczonych ludzi, podpatrzeć ich w pracy, zobaczyć, jaką drogę musi przejść jeden projekt, jak dojrzewają poszczególne rzeczy i jak ewoluują od pomysłu po efekt końcowy. Poza tym, to jest szansa na podróże, poznanie nowej kultury, zobaczenie dużych fabryk, nawiązanie fajnych relacji. Sama przyznam, że przed Sinsayem miałam raczej inne wyobrażenie o tym, jak wygląda praca w modzie.

Mat. prasowe

A co uważasz za swoje największe sukcesy?

Będąc w salonie cieszę się, że widzę swoje projekty. Ktoś spojrzy na jakiś produkt i tyle, a dla mnie to nie jest „jakaś spódniczka”, Ja widzę, jaka historia za nią stoi, jak od samego początku ją tworzyliśmy, jak z technologiem negocjowało się krój, długość. Poza tym jestem zadowolona z każdej rzeczy, która dzieje się „na bieżąco”. Każdy mały sukces cieszy. Wszelkie publikacje w Polsce, czy za granicą, wywiady, zdjęcia, ale tez inne projektyOglądam Top Model i widzę moje rzeczy z autorskiej marki, rodzina krzyczy, znajomi piszą. Jest to bardzo miłe. Ale ja ciągle chcę więcej. Chcę zobaczyć swoich idoli w moim projektach, na przykład Beyonce, czy FKA Twigs. Moje ubrania można było zobaczyć również na polskich artystkach- Sarsie, czy Natalii Nykiel. Każda taka współpraca przynosi satysfakcję. Odbyłam również staż u Mariusza Przybylskiego- jednego z najlepszych polskich projektantów. Zresztą gdyby nie moje wszystkie różnorodne doświadczenia, to pewnie nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem teraz. Może dalej siedziałabym w kąciku i rysowała do szuflady? Przez te wszystkie doświadczenia, które pchały mnie dalej i dalej teraz jestem tu, gdzie jestem. I podoba mi się w tym miejscu.

Moje ostatnie pytanie: jaką radę dałabyś młodym projektantom? 

Często spotykam się z projektantami, którzy myślą, że zrobią szkic i na tym ich praca się kończy. Niestety to tak nie działa. Projektant to zawód, w którym musisz wiedzieć wszystko. Znać konstrukcję, techniki szycia… Dlatego trzeba próbować! Sprawdzać, które miejsca są dla nas, a które nie. Z każdego doświadczenia należy wyciągać coś dla siebie. Nawet tego, które wydaje się błahe czy nietrafione. Ja kiedyś zaryzykowałam. Gdybym nie podjęła tego wyzwania, być może dziś byłabym księgową, dla której kariera projektanta w dużej modowej marce pozostawałaby tylko i wyłącznie w sferze niedoścignionych i niespełnionych marzeń. Dlatego trzeba iść za głosem serca i szukać swojego miejsca na ziemi, to chyba najlepsza rada jaką mogę dać młodym projektantom.