Milan Fashion Week w tym sezonie stał się symbolem zmian zachodzących w globalnej branży mody. Nowe otwarcia w kluczowych domach mody, wyraźne redefinicje estetyk oraz świeża energia na wybiegach pokazują, że mediolańska moda wchodzi w kolejny etap — bardziej świadomy, odważny i elastyczny wobec realiów współczesnego rynku.
Zapytaliśmy polskich stylistów o pokazy, które najbardziej przyciągnęły ich uwagę podczas tegorocznego Tygodnia Mody w Mediolanie, oraz o to, dlaczego właśnie te kolekcje uznali za najbardziej znaczące. Ich komentarze to osobista, ale jednocześnie ekspercka perspektywa na kierunki, które mogą zdefiniować nadchodzący sezon.
Dagmara Łojek
Podczas Milan Fashion Week 2026 najbardziej zapadły mi w pamięć pokazy Prady, Gucci i Bottega Veneta, bo każdy z nich miał zupełnie inną energię.
Prada była kontrolowanym chaosem w najlepszym wydaniu — warstwy, różne faktury, subtelne printy przełamujące jednolitą powierzchnię tkanin oraz wyraźne mankiety koszul, które nadawały całości charakteru. Ale szczerze? Najbardziej skradły moje serce buty. Kocham ten niebieski, pierzasty model z żółtym sznurowadłem, tak samo jak wersje kryształowe i ornamentalne — w połączeniu ze skarpetkami wyglądały absolutnie genialnie i to właśnie one budowały całą stylizację.
Gucci poszło w bardzo zmysłowym kierunku, z wyraźnym nawiązaniem do estetyki Toma Forda z lat 90. Dopasowane sylwetki i mocna pewność siebie na wybiegu budowały charakter kolekcji. Fajnie było zobaczyć Kate Moss w kultowych g-stringach — to moment, który natychmiast przywoływał archiwalne skojarzenia i dodawał pokazowi ikonicznego wymiaru.
Z kolei Bottega Veneta zachwyciła mnie formą i materiałem — rzeźbiarskie, dopracowane sylwetki, charakterystyczne czapki i zaokrąglone ramiona budowały wyrazistą linię kolekcji. Uwielbiam sposób, w jaki pracowały stylizacje wykonane z włókna szklanego — wyglądały niemal jak ruchome rzeźby, a w ruchu zyskiwały lekkość i dynamikę, mimo swojej technicznej konstrukcji. Nowy etap pod kierownictwem Louise Trotter wprowadził świeżość, zachowując jednocześnie rozpoznawalny charakter marki. Wszystkie trzy pokazy były różne, ale każdy z nich miał wyraźną, konsekwentnie poprowadzoną narrację.
Łukasz Witek
Louise Trotter, prezentując swoją kolejną kolekcję dla Bottega Veneta, zrobiła krok naprzód, pozostając jednocześnie wierna DNA marki. Charakterystyczna plecionka pojawiła się nie tylko w dodatkach, lecz także w elementach garderoby. To jednak, co nadało kolekcji świeżości i szczególnie przyciągało uwagę, to bogactwo tekstur obecnych na wybiegu — obok nich nie sposób było przejść obojętnie. Stanowiły prawdziwą wizualną ucztę dla oczu. Z niecierpliwością czekam na to, co zaproponuje następnym razem.
Drugim pokazem, który zwrócił moją uwagę, była Prada. I nie chodzi wyłącznie o samą kolekcję, lecz o sposób, w jaki Miuccia Prada po raz kolejny zaskoczyła stylizacjami na wybiegu. Jak zwykle postawiła na całkowicie nieoczywiste połączenia, a prawdziwą wisienką na torcie było pojawienie się piętnastu modelek, które przebierały się cztery razy. Stylizacje ewoluowały z każdym ich wyjściem — za każdym razem dodawano lub odejmowano elementy z poprzedniego zestawu. Genialne.
Joanna Opińska
Pokaz Gucci pod kierownictwem Demny to moment, wobec którego nie da się pozostać obojętnym — można go kochać lub odrzucać, ale właśnie ta skrajność nadaje mu znaczenie. Projektant zbudował napięcie między przeszłością a teraźniejszością, filtrując seksualną energię ery Toma Forda przez chłodny, współczesny minimalizm. Sylwetki były ostre, a ciemna paleta tworzyła aurę kontrolowanej dekadencji. Finał z Kate Moss domknął całość — zmysłowością, która momentami mogła być wręcz niewygodna.
Pokaz Prady, zaprojektowany przez duet Miuccia Prada i Raf Simons, był jednym z najbardziej konceptualnych momentów sezonu. Była to raczej analiza aktu ubierania się niż klasyczna prezentacja kolekcji. Na wybiegu pojawiło się jedynie 15 modelek, ale każda z nich wracała czterokrotnie, za każdym razem zdejmując kolejne warstwy stylizacji. Ten powtarzalny, niemal performatywny rytm zamieniał pokaz w proces, w którym sylwetki nie były stałe, lecz ewoluowały na oczach widza. To właśnie te transformacje pokazały modę jako coś płynnego i zależnego od kontekstu życia. W efekcie Prada zdefiniowała „look” na nowo — jako proces, a nie zamkniętą formę.
Natomiast Glenn Martens stworzył gigantyczną, niemal postapokaliptyczną scenografię pokrytą graffiti, przypominającą przestrzeń przejętą przez młode pokolenie. Ubrania balansowały na granicy dekonstrukcji: ekstremalnie zniszczony denim, przesadzone proporcje i eksperymentalne konstrukcje. Casting oraz energia pokazu były równie ważne jak same looki. Diesel to już nie tylko moda, lecz kultura.
Paulina Stachnik
Największe wrażenie podczas Milan Fashion Week zrobił na mnie — bez zaskoczenia — pokaz Bottega Veneta pod okiem wspaniałej Louise Trotter. Jej druga kolekcja jest bogata i mięsista, z wyrazistymi fakturami oraz znakomitym krawiectwem. Świetnie skrojone sylwetki, energetyczne barwy, puszyste futra i te czapeczki beanie — ach! Charakterny minimalizm w świeżej i soczystej formie!
Nie mogę oczywiście pominąć pokazu Jil Sander, który otwierał Milan Fashion Week. Bellotti zaprezentował lekkie, klasyczne sylwetki z intrygującymi cięciami i detalami, a subtelne wzory oraz kolory nadały im osobowości, na które nie mogę przestać patrzeć.
Gosia Mordarska
Wszyscy czekali, co Demna zrobi z Gucci przy swoim pierwszym „oficjalnym” wyjściu. Dla mnie był to jednak bardziej komunikat: „to będzie ten kierunek” niż kolekcja, która ma powalić na kolana jednym lookiem. Wyraźnie było widać mrugnięcie do ery Toma Forda — ten klimat, ta zmysłowość; sam pomysł rozumiem. Na ten moment jest to jednak bardziej szkic ambicji niż moment, który naprawdę wbija w fotel.
Bottega nie robi show dla samego show. Tu wszystko było o proporcji i o tym, jak materiał pracuje na ciele, a nie o viralowym „patrzcie na mnie”. Sylwetki są spokojne, dopracowane i bardzo noszalne, a jednocześnie wciąż czuć rzemiosło i ten bottegowy sznyt. To nie jest marka, która musi robić wielkie widowisko, żeby było wiadomo, że to luksus. I może właśnie dlatego działa mocniej niż połowa głośniejszych pokazów.
Roberto Cavalli w tym sezonie zrobił to, co umie najlepiej. Było zmysłowo, ciemno i trochę jak po długiej nocy. Dużo faktur, dużo kontrastów: koronki, lakierowane spodnie, mocne okrycia. Wszystko bardzo w jego DNA. Całość miała mroczny, noir’owy klimat.
Konrad Szymczak
Milan Fashion Week w tym sezonie jest — z mojej perspektywy — dużym zaskoczeniem. Przede wszystkim już od kilku lat zmieniają się jego dynamika oraz kalendarz, a w tym sezonie było to wyjątkowo widoczne. Pojawiają się marki i projektanci, którzy zwracają na siebie uwagę już samą obecnością. Najbardziej czekałem na pokaz AVAVAV. Beate Karlsson viralową i niekonwencjonalną formą prezentacji wyznacza nowe standardy w branży, a kolaboracja z Adidas Originals to — moim zdaniem — strzał w dziesiątkę dla obu brandów.
Z drugiej strony Włochy mocno trzymają się swojej tradycji i dziedzictwa. Marki takie jak Pollini, Le Silla czy Jimmy Choo skradły moje serce przede wszystkim otwartością na potrzeby rynku, przy jednoczesnym zachowaniu swojego DNA.
Przeczytaj również: “Chcę, aby zawód influencerki był postrzegany jak pełnoprawna ścieżka zawodowa”. Anna Zawada, założycielka MADE ME Management [WYWIAD]
