WYWIAD: „Artyści muszą stale tworzyć nową muzykę, aby nasycić słuchacza”. Rozmawiamy z zespołem Xxanaxx

111
Fot. Paweł Fabjański

Swoją hipnotyzującą, energetyczną muzyką podbili serca tysięcy fanów. Obecnie promują drugą w karierze płytę, „FWRD”, koncertując w całej Polsce. O tym, jak powstają ich utwory, skąd wziął się pomysł powiększenia składu i czy mają jeszcze tremę przed koncertami opowiedzieli nam Klaudia Szafrańska i Michał Wasilewski.

Magda Trojan: Początkowo graliście tylko we dwoje, a obecnie na koncertach występujecie w czteroosobowym składzie. Skąd taki pomysł?

KLAUDIA: Koncepcja grania z żywym bandem powstała już na początku istnienia Xxanaxxu. Zawsze chcieliśmy, żeby na scenie towarzyszyli nam muzycy i żywe instrumenty. Była to tylko kwestia czasu i możliwości, bo na początku graliśmy dość małe koncerty, w mniejszych klubach, gdzie po prostu nie mieliśmy nawet wystarczająco dużo miejsca.

MICHAŁ: Mówiąc absolutnie szczerze, nasze pierwsze występy to były koncerty z sześcioma utworami, więc był to bardzo mały set-up i rzeczywiście miały bardzo kameralny charakter. W miarę upływu czasu stwierdziliśmy, że chcemy się rozwijać. Pierwszą osobą, która do nas dołączyła był Gniewko Tomczyk, nasz bębniarz. Zagraliśmy z nim całą zeszłoroczną jesienną trasę. Potem w trakcie pracy nad naszą najnowszą płytą FWRD pracował z nami Wojtek Baranowski, który współtworzył tę płytę. Właśnie w trakcie tego współtworzenia stwierdziliśmy, że skoro mamy już bębniarza, a Wojtek gra na gitarze, na klawiszach i do tego śpiewa, to idealnie będzie uzupełniał nasz skład. Wspólnie z Klaudią po cichu ustaliliśmy, że zapytamy Wojtka, czy się zgadza. Łaskawie powiedział, że tak (śmiech) i tak to się stało, że jest nas teraz czwórka na scenie.

Widać, że jesteście dosłownie świetnie zgrani z Wojtkiem i Gniewkiem. Podczas koncertu zauważyłam, że wymienialiście porozumiewawcze spojrzenia, kiedy w utworze akurat bywały jakieś rytmiczne „smaczki”…

M: To było coś, czego mi bardzo brakowało, kiedy graliśmy z Klaudią jako duet. Klaudia automatycznie jest bardziej skupiona na kontakcie z publicznością niż ze mną, poza tym ja zawsze jestem raczej za nią, więc brakowało mi interakcji z kimś. Klaudia od czasu do czasu oczywiście na mnie zerknie, ale to nie jest taki moment, gdzie rytmicznie możemy coś zaznaczyć, bo gdyby patrzyła na mnie cały czas, to myślę, że publiczność mogłaby się obrazić. Dlatego dla mnie to jest bardzo fajny element koncertu, z którego bardzo się cieszę.

Dowiedziałam się, że przy pierwszej płycie pracowaliście w ten sposób, że spośród 30 Twoich kompozycji wybraliście 12. A jak wyglądała praca nad drugą płytą?

M: Tutaj było już nieco inaczej. Ja sprecyzowałem liczbę utworów i wiedziałem, które chcę pokazać Klaudii. Niektórych nie planowałem jej prezentować, ale w trakcie pracy stwierdziłem, że jest jeszcze jeden numer, który mogłaby przesłuchać i zobaczymy co dalej. Później stał się jednym z ulubionych kawałków Klaudii, a był to utwór Meltdown.

K: Cudem go znalazłam, cudem go wyprosiłam!

M: Ja nie myślałem o nim w ogóle w kategoriach tego, że może się jej spodobać. Puściłem go Klaudii, a ona stwierdziła: wow, będzie super.

K: Ja byłam zachwycona, od razu wpadł mi w ucho i powiedziałam, że musimy zrobić ten numer. Wiele utworów pierwotnie brzmiało zupełnie inaczej i potem w trakcie je zmienialiśmy, przearanżowywaliśmy, więc tak naprawdę z tym było różnie. Część utworów powstała „na spontanie”, a część bazowała na kompozycjach Michała.

Michał, a jak wygląda u Ciebie komponowanie muzyki? Kiedy tworzysz nowy utwór, to słyszysz, jak on będzie brzmiał w ostatecznej wersji, czy to jest ciągła ewolucja? W którym momencie uznajesz, że to jest właśnie to?

M: Myślę, że każdy twórca przy tworzeniu muzyki ma taki zmysł, że wyobraża sobie mniej więcej, jak to będzie wyglądało, więc jakiś rodzaj „wizjonerstwa” temu towarzyszy, natomiast dla mnie fajne jest to, że utwory zawsze ewoluują, szczególnie kiedy pracują ze sobą dwie osoby, tak jak my. Zawsze pojawiają się różne pomysły i z tych pomysłów wybiera się ten jeden właściwy. Mamy w telefonie nagrania ze wstępnymi szkicami naszych kawałków i właśnie to jest fenomenalne, że te utwory, pomimo że ja mam jakąś wizję, Klaudia również ma swój pomysł, to w trakcie pracy wychodzi jeszcze coś zupełnie innego. Są jakby dwie wizje, z których wychodzi trzecia, uniwersalna, która jest już tą właściwą. Potem jak się z nią osłuchasz i wracasz do pierwotnych wersji, to myślisz sobie: jakie to jest niezwykłe, ile tu było pomysłów i jak to miało brzmieć. Ja kocham taki proces twórczy. Sam wokal też bardzo wiele zmienia. Moje utwory bez wokalu brzmiałyby zupełnie inaczej. W tej chwili pisząc utwór, mam świadomość, że będzie w nim głos Klaudii, więc wiem, że muszę zostawić dla niego dosyć dużo miejsca. Dlatego nie wrzucam do swoich kompozycji ogromnej liczby instrumentów. To jest element, który wyklarował się w trakcie naszej wspólnej pracy. Ja mam świadomość tego, że muszę przygotowywać utwór zdecydowanie pod wokal. Producenci bardzo często mają tendencję do przepychania kawałków tysiącem różnych brzmień, bo wiedzą, że muszą po prostu nadrabiać brak wokalu.

Podobno oboje jesteście perfekcjonistami w tworzeniu własnej muzyki. To pomaga czy przeszkadza we wspólnej pracy?

Czytaj dalej…