REKLAMA
Zrównoważone materiały to fundament marki AGAZI. O nich rozmawiamy z Agnieszką Ziółek, założycielką brandu.

„Mam wizję, że w końcu zobaczę skórę z polskich jabłek i będę mogła zrobić z nich buty”. O zrównoważonych materiałach rozmawiamy z Agnieszką Ziółek, założycielką marki Agazi.

REKLAMA

Czym właściwie jest zrównoważenie w modzie? Jak w praktyce wygląda praca nad roślinnymi materiałami, które w Polsce są jeszcze niszowe? O tworzeniu marki w zgodzie ze środowiskiem rozmawiam z Agnieszką Ziółek, która kilka lat temu postanowiła zmienić swoje życie i rozpocząć pracę nad obuwiem Agazi. 

Początki marki Agazi

Marysia Jasek, FashionBiznes.pl: Marka AGAZI powstała pod koniec ubiegłego roku, a jej portfolio jest już naprawdę obiecujące – używasz materiałów, do których wiele firm przekonuje się latami. Jak to się wszystko zaczęło?

Agnieszka Ziółek: Właściwie to już w moim dzieciństwie. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych mój tata założył fabrykę obuwia w Łukowie, która pod kierunkiem mojego brata pięknie się rozwija do teraz. Cała nasza rodzina od zawsze tym żyła, ja też mogę śmiało powiedzieć, że wychowałam się wśród szewców i szwaczek. O ile jednak mój brat, układając swoją ścieżkę edukacji wiedział, że jego miejsce jest w rodzinnej fabryce, tak ja postanowiłam wybrać studia prawnicze. Dostałam się na wymarzone studia na Uniwersytecie Warszawskim i ukończyłam je z wyróżnieniem, co otworzyło mi drogę do prestiżowych kancelarii, które wcześniej oglądałam jedynie na filmach. Byłam tym totalnie pochłonięta, wręcz zachłyśnięta przez kolejnych 15 lat. W końcu, gdy osiągnęłam 40-ty rok życia, stwierdziłam, że czegoś mi jednak brakuje. Moje dzieci zaczęły już dorastać, usamodzielniać się, a ja zaczęłam czuć, że chciałabym światu coś jeszcze zaproponować. I gdy świadomie spojrzałam na swoje życie, zrozumiałam, że korporacja nie daje mi spełnienia. Postanowiłam więc połączyć know-how rodzinnej fabryki z moim zamiłowaniem do zrównoważonej mody. I tak powstała AGAZI.

A dlaczego akurat buty?

Gdybym nie pędziła zadaniowo przez życie i pozwoliła sobie na posłuchanie swojej „czułej przewodniczki”, pewnie wiedziałabym to wcześniej. Buty zawsze były wokół mnie, to jedyna część garderoby, do której zawsze miałam słabość. I tak, pamiętam na przykład, jak w pierwszej klasie liceum pojechałam na swój pierwszy szkolny zagraniczny wyjazd – do Hiszpanii. I wspominam często ten moment, kiedy wsiadałam do autokaru powrotnego przebijając się przez finezyjne sombrera – pamiątki kolegów i koleżanek, które wieźli do domu. A z czym ja wracałam? …z czterema parami butów, na które wydałam całe kieszonkowe. Bo w Polsce wtedy takich nie było. 

Obserwowałam wielokrotnie ojca i braci, którzy z konstruktorami i rzemieślnikami godzinami rozprawiali o tym, co sprawia, że buty są wygodne i trwałe, jak ich noszenie wpływa na stopy i przez nie na cały nasz organizm. Fascynowało mnie to. I jak nigdy nie miałam nadmiernych potrzeb zakupowych w zakresie odzieży, tak butów nigdy jakoś nie miałam wystarczająco dużo – zawsze jakieś mi jeszcze wydawały się potrzebne. W późniejszych latach już jako prawniczka wielokrotnie odwiedzałam łukowską fabrykę i zawsze wracałam z niej do Warszawy z poczuciem, że lubię tam być, że to moje miejsce, bo nasza fabryka, pomimo rozwoju, utrzymuje lokalny, rodzinny wręcz klimat. Zrozumiałam, że powinnam tam wracać częściej. Dlatego też, kiedy faktycznie zaczęłam bardziej słuchać siebie, stało się dla mnie oczywiste, że moje serce należy do butów. Musiałam je tylko wkomponować w swoją drugą pasję – tę do zrównoważonej mody.

Przeczytaj też: Nasze ubrania zaśmiecają Afrykę. Rozwiązania problemu podjął się start-up Faro

Rzadko zdarza się, że marki są tak silnie związane z miejscem, w których produkowane są ich kolekcje. Dla pracowników fabryki to była też pewnego rodzaju nowość, bo skóry roślinne są wciąż niszą na polskim rynku. Jak zdołałaś to wszystko zorganizować?

Gdy zdecydowałam już o tym, że stworzę markę obuwniczą, wiedziałam, że na pewno nie będą to buty skórzane. Zakochałam się w idei zrównoważonej mody i postanowiłam ruszyć z marką dopiero po solidnej obserwacji rynku skór roślinnych. Dziś ta sfera jest dużo bardziej zaawansowana niż jeszcze kilka lat temu. Wiedziałam, że muszę opracować strategię, z którą będę się w pełni zgadzać. Wiedziałam też, że ta marka ma być w pełni „po mojemu”, bez kompromisów. Być może działam bardziej ideowo, niż biznesowo – lepiej z pewnością w Excelu wychodzą marki, które wypuszczają duże i częste kolekcje, a przy tym szukają możliwości na ich tańsze wykonanie. Ale tu w szczególności nie chciałam iść na kompromis.

Ale w ten sposób te marki zaprzeczają same sobie – widzimy ogrom metek dotyczących ekologii i szerokorozumianego zrównoważenia, ale wszelkie statementy nie mają żadnego pokrycia w rzeczywistości. 

Tworzenie lokalnej zrównoważonej marki wymaga postawienia sobie jasnych priorytetów. Chcę tworzyć w zgodzie ze sobą i mam potrzebę robienia tego w przekonaniu, że od początku do końca jest to najlepsze, co mogę zaproponować. I pewnie nie będzie idealne, ale każda najmniejsza decyzja, która za produktem stoi, jest przemyślana i ma swoje uzasadnienie. 

Dla mnie cała zrównoważona moda sprowadza się do trzech kwestii: szacunku, rozsądku i uczciwości. Szacunku do nas samych, do innych osób i ich pracy, której nie widać na odzieży, do zdrowia i dobrobytu, do planety i naszych na niej współmieszkańców, jakimi są zwierzęta. W tym wszystkim potrzebny jest też zdrowy rozsądek, bo w zrównoważonej modzie nie ma zerojedynkowych wyborów, jest za to wiele odcieni szarości, które dopiero po głębszej analizie pozwalają stwierdzić, czy dany wybór jest najrozsądniejszym. No i uczciwość, która nie boi się transparentności i nie chowa się za sztabem PR-owców produkujących masowo „statementy” bez pokrycia i kolejne, bardziej lub mniej, podprogowe przekazy kampanijne.

Zobacz też: Jak obliczyć ślad węglowy mojej firmy? Odpowiadamy na pytanie, które naznaczy przyszłość branży modowej 

Więcej niż moda

W tej misji chodzi również o edukację. Im więcej wiemy o skórach roślinnych, tym bardziej skłonni jesteśmy w nie inwestować. Zrównoważone marki wiedzą o tym najlepiej, bo uczestniczą w całym procesie produkcyjnym. Czy ekologiczne podejście do życia było zawsze z Tobą, również w sferze pozamodowej?

Ostatnio moja koleżanka z pracy przypomniała mi, jak to kiedyś miałyśmy spory kłopot z zamawianiem diet pudełkowych do biura, bo – choć były dla nas wygodnym rozwiązaniem – generowały mnóstwo plastikowego odpadu. Poświęciłyśmy kilka dobrych godzin na znalezienie cateringu, który pakował jedzenie w owsiane opakowania i byłyśmy gotowe je zamawiać, choć w smaku wymagały sporego kompromisu. Śmiałyśmy się z siebie, jedząc wspólnie w korpostołówce nasze pozostawiające wiele do życzenia przysmaki. To kolejny znak, którego wcześniej nie dostrzegałam, a tej potrzeby nie definiowała żadna z nas – po prostu było to dla nas ważne. Nigdy nie lubiłam też marnotrawstwa – przeszkadza mi, gdy światło niepotrzebnie się świeci, a woda niepotrzebnie cieknie z kranu podczas mycia zębów. Było to dla mnie zawsze oczywiste, tak zostałam wychowana. 

Choć kocham modę, nie lubię też kupować za dużo – zdecydowanie wolę wolniej i lepiej. Przez to zresztą zawsze myślałam, że nie jestem pełnowartościową kobietą, bo wchodząc do garderoby, raczej nie mam tej typowej myśli pt. „Nie mam się w co ubrać”. Spodnie czy sukienka sprzed 20 lat? Mam takich sporo. Co z drugiej strony nie oznacza, że czasami i ja kupię czegoś spontanicznie, albo nie trafię z zakupem. Dlatego też, jeśli czegoś nie używam, podaję dalej. Często oddaję swoje leciwe skarby chociażby mojej córce Blance – ona kocha ubrania vintage. Ma 13 lat i potrafi je samodzielnie świetnie przerabiać, i robi to z wielką pasją. To niezwykle budujące, gdy najmłodsi rosną z zaszczepioną miłością do ekologii i zrównoważonej konsumpcji.

Mówiłaś o tworzeniu w zgodzie ze swoimi wartościami. Patrząc na każdy etap funkcjonowania Twojej marki udało Ci się wykreować coś, co dla wielu mogłoby być niemożliwe. Skąd ta siła?

W pewnym momencie zaczęłam czuć, że potrzebuje więcej misji w tym co robię na co dzień. Gdy czujesz, że to co robisz jest wartościowe i dobre, trudno nawet nazwać to pracą. Spodobało mi się, gdy Blanka Kolago-Szymczak w podcaście Kasi Zajączkowskiej swoją działalność określiła „aspirowaniem do inspirowania”.  Tak sobie pomyślałam, że to jest właśnie to – robić coś, co inspiruje nie tylko mnie, ale również innych. I chciałabym, aby AGAZI, podobnie jak Blanka, nieustannie aspirowała do inspirowania.

Przeczytaj też: Prezes zarządu marki Recman o CSR. „Odpowiedzialność społeczna jest dla nas integralną częścią strategii biznesowej”

W jaki sposób rozsądnie patrzeć na dzisiejszy rynek obuwniczy, kiedy jest on zrównoważony w Twojej opinii?

Słowo „zrównoważenie” kryje za sobą wiele zmiennych czynników. W kontekście butów, dla mnie oznacza, że te są wygodne – bo powinny nam służyć, trwałe – bo powinny służyć jak najdłużej, by ograniczać nadkonsumpcję i wreszcie – powinny jak najmniej negatywnie wpływać na środowisko, nasze zdrowie i społeczności je produkujące. I chciałabym, aby takie były buty oferowane przez moją markę. W tym celu wykorzystuję bezcenne doświadczenie produkcyjne osób, którym w pełni ufam, a materiały, z których korzystam skrupulatnie analizuję. Korzystam tylko ze skór roślinnych, będąc przekonana, że ich negatywny wpływ środowiskowy jest znacznie mniejszy. Tytułem przykładu, produkcja materiału z biobazą z odpadów z kukurydzy i pszenicy oraz wiskozy z odpowiedzialnie zarządzanych lasów, na którym oparłam większość kolekcji jesienno-zimowej, pozostawia po sobie ponad 10-krotnie mniejszy ślad węglowy, niż produkcja skóry odzwierzęcej. Co nie mniej istotne, nie wymaga hodowli ani uboju zwierząt oraz od początku do końca powstaje we Włoszech, jest trwały i świetnie się sprawdził w testach. Wierzę, że to dobra alternatywa dla skóry odzwierzęcej.  

Do tego dochodzi fakt, że producenci takich materiałów w większości są raczej początkującymi inicjatywami. Jak inwestowanie w zrównoważone materiały wygląda z perspektywy naszej lokalizacji?

Za każdym razem, gdy jadę do naszego magazynu pod Grójcem i widzę te wszystkie dorodne jabłonie, mam wizję, że w końcu zobaczę skórę z polskich jabłek i będę mogła zrobić z nich buty. Niestety chyba nie jest to jeszcze ten moment. To bardzo zaawansowane technologie, które wymagają ogromnych funduszy. Ale ich rozwój jest obiecujący – jeszcze trzy lata temu na targach we Włoszech było około 10 stoisk z roślinnymi alternatywami do skór odzwierzęcych. We wrześniu br. znów odwiedziłam te targi w poszukiwaniu nowości i uderzyło mnie, że tych opcji przybyło przez ten okres i jest ich obecnie kilkunastokrotnie więcej. I są coraz lepsze, bo w parze z rozwojem tego sektora gospodarki idzie niesamowita pasja ludzi, którzy tworzą poszczególne tekstylia. To często zespoły, które chcą zrobić coś lepiej, wgłębiają się w temat najdalej, jak to możliwe i nieustannie poszukują jeszcze odpowiedzialniejszych innowacji. 

Czym różni się skóra roślinna od tradycyjnej skóry “naturalnej”?

Sama widzisz, w jakiej bańce żyjemy, skoro to tę odzwierzęcą skórę nazywasz „naturalną”. W mojej opinii więcej ma ona z okrucieństwem wspólnego. Ale okrucieństwo się nie sprzedaje, więc wbito nam przez lata w głowy, że to natura. Okrutna ta natura i nieszczególnie łaskawa dla środowiska. A rynek skórzany wyjątkowo nietransparentny, jak wynika z choćby raportu Collective Fashion Justice „Under their skin”. 

Nie godzę się na to, dlatego wszystkie materiały z których korzystamy, muszą być wyprodukowane w sposób etyczny i jak najbardziej lokalny i transparenty. Przykładowo, jabłka tworzące jedną z naszych skór rosną w Bolzano pod Mediolanem. Firma, która robi soki jabłkowe i przetwory, oddziela skórki i pestki, a następnie suszy je i przerabia na proszek, z którego tworzony jest materiał. Wiem, że cały proces odbywa się w cywilizowanych europejskich warunkach. Wszystkie nasze materiały mają certyfikaty potwierdzające brak substancji toksycznych, choć oczywiście biobaza jest w nich wzmacniana syntetycznie. Ich produkcja pozostawia od kilku do kilkunastu razy mniejszy ślad węglowy, wykorzystuje odpady z przemysłowej produkcji spożywczej i zużywa kilkakrotnie mniej wody, niż produkcja skór odzwierzęcych. A skoro odpady zastępują organ zwierzęcia, nie wymagają też przemysłowych hodowli, z którymi np. związana jest aż w 80% wycinka lasów Amazońskich, tak istotnie wpływająca na zmiany klimatyczne, czy zużycia abstrakcyjnej ilości wody (dane z ww. raportu Collective Fashion Justice). 

Do wielu fabryk skóry roślinnej nie można wprowadzić od tak, bo wiąże się to z innymi metodami produkcji. Jak wygląda praca z materiałami, które wykorzystujecie do butów AGAZI?

Skóry roślinne są wyzwaniem produkcyjnym z uwagi na to, że są mniej elastyczne, a praca na nich wymaga ogromnej precyzji. Perspektywa konsumenta jest tu już zupełnie inna, bo mniejsza elastyczność daje trwalszy model, który się nie fałduje, mniej zagina i nie rozciąga nadmiernie, co pozwala utrzymywać kształt obuwia na dłużej i tym samym wydłużyć jego żywotność.  Wreszcie, gdy przejdzie się etap produkcji, pozostają same pozytywy. Skóry roślinne są równie, a nawet lepiej „oddychające” niż skóra odzwierzęca, trwałe i ultrałatwe w pielęgnacji. Nie lubią chemii, wystarczy im woda i co najwyżej najzwyklejsze mydło, dla nawilżenia oliwa z oliwek lub najzwyklejszy krem nawilżający.

Ale zakończę tę rozmowę innym przekazem – najbardziej zgodne ze zrównoważoną modą są dla mnie te buty, które wyjmiesz z szafy za 5 czy 10 lat i wciąż będą Ci pasować do stylizacji i będzie Ci w nich wygodnie. A wkładając je w głębi ducha docenisz rzemiosło osób, które je dla Ciebie stworzyły wiedząc, że nie były to azjatyckie dzieci zanurzone po kolana w chemikaliach. I wreszcie, uśmiechniesz się na myśl, że do ich stworzenia nie było potrzebne okrucieństwo wobec zwierząt ani nadmierne obciążenie środowiska. Taką modę chcę tworzyć i mam nadzieję, że widać to w naszych kolekcjach.

Zobacz też: Nowe materiały ecofriendly, które musisz znać

REKLAMA

Newsletter

FASHION BIZNES