Hubert Pelc wywiad. Czarno-biały, bliski portret mężczyzny w grubych, geometrycznych okularach i z wąsem; patrzy prosto w obiektyw. Ma na sobie koszulę z ozdobnym kołnierzem z koralikowymi haftami oraz chustę zawiązaną pod szyją. Zdjęcie utrzymane jest w kontrastowym, studyjnym świetle.

„Folklor jest dla mnie pierwotną formą sztuki”. Michał Szulc rozmawia z młodym projektantem Hubertem Pelcem

O definicji mody, kolekcji dyplomowej i planach na przyszłość rozmawiamy z Hubertem Pelcem, który w ubiegłym roku skończył studia licencjackie w Katedrze Mody na warszawskiej ASP. Jego kolekcja dyplomowa, zakwalifikowana do finału konkursu Złota Nitka, zwracała uwagę detalem, odwagą projektową i zestawem faktur. Udowodniła też, że tradycyjne rzemiosło może iść w parze z ekstrawagancją.

Michał Szulc: Czym jest dzisiaj moda? Czym jest moda dla Ciebie? Czy obie definicje mają dla Ciebie jakiś punkt styczny?

Hubert Pelc: To zależy od środowiska. Zupełnie czym innym jest dla mnie, czym innym jest dla osoby pracującej w banku. Pod tym względem moda różni się od malarstwa czy rzeźby, bo spełnia szereg innych funkcji poza estetyczną. Patrzę na modę z punktu widzenia osoby, która się nią zajmuje od strony artystycznej. Coraz częściej dochodzę jednak do wniosku, że zamienia się powoli w bardzo brutalny biznes. Chciałbym, żeby moda była pełnoprawną dziedziną sztuki, narzędziem wyrazu, komunikatem społecznym albo po prostu umilaczem współczesnego świata. Mam świadomość, że to bardzo utopijna wizja. Te odpowiedzi mogą brzmieć jak klisze…

…z jednej strony tak, z drugiej nie. Podałeś przeciwstawne odpowiedzi. Z jednej strony moda jest biznesem, z drugiej – powinna być zindywidualizowana, musi być opowieścią, polem do eksperymentu. Nie ma takiego zbioru, który jest połączeniem obu tych pól?

Jest, ale w pozycji bardzo uprzywilejowanej, w której nie każdy może się łatwo znaleźć. Oczywiście, są marki, które generują zyski sprzedając produkty, które niosą opowieść i historię i takie brandy najbardziej sobie cenię. Trafiają do odbiorców, którzy wykorzystują je nie tylko po to, żeby się w nie ubrać i wyglądać korzystnie lub adekwatnie do okazji, ale przede wszystkim po to, żeby coś za pomocą ubrań wyrazić. Tak jak marka Hodakova, która idealnie balansuje na granicy komercji i spektaklu, dając swoim konsumentom zarówno emocje, jak i asortyment bardzo łatwy do noszenia na co dzień. Imponuje mi wypracowany przez nich model biznesowy.

Skończyłeś właśnie studia w Katedrze Mody na warszawskiej ASP. Wszyscy wiemy, że studiowanie mody jest pewnego rodzaju “bańką”. Co o tym sądzisz? Czym jest ta “bańka”?

To niesamowite środowisko, do którego mam nadzieję jak najszybciej wrócić. Studia licencjackie były pięknym czasem, w którym można się było w stu procentach skupić na zakomunikowaniu światu swojej wizji i na zanurzeniu się w modzie w towarzystwie innych ludzi, podzielających te same pasje. W czasie studiów całe nasze życie kręciło się wokół mody i projektowania. Właściwie o niczym innym nie myślałem. Aktualnie moim największym marzeniem, jako człowieka i artysty, jest robienie kariery akademickiej, by jak najszybciej wrócić do obcowania z nieograniczoną kreatywnością. Wydaje mi się, że byłbym całkiem niezłym pedagogiem. Studiowanie mody było przepięknym czasem, w którym chciałbym trwać jak najdłużej i skupiać się na wizji, otaczać kreatywnymi, szalonymi osobami. W większości, trafiłem na wspaniałych wykładowców. Czułem i nadal czuję w nich duży autorytet. Myślę, że to ważne, bo ma się wtedy wrażenie, że jest się w dobrych rękach, które asekurują. Dzięki temu nie ma obaw przed ryzykowaniem i eksperymentowaniem. Miałem też to szczęście, że poza wykładowcami trafiłem na grupę kilku naprawdę utalentowanych osób, które studiowały w podobnym czasie w Katedrze. Nie ma przecież dobrych studiów bez ludzi, z którymi się te studia dzieli. Wiele im zawdzięczam. Ciąg dalszy jest jednak inny. Doświadczenia zebrane podczas studiowania nie do końca przekładają się na to, jak funkcjonuje się po dyplomie.

Takie powinno być studiowanie. To przecież kolejny etap nauki, który powinien być najbardziej otwarty na działania indywidualne. Osoba, która decyduje się na studia artystyczne dostaje na nich bazę, która jest w sumie neutralna. Tylko od niej zależy, w którą stronę pójdzie, czego się nauczy, czym zainteresuje i co zdecyduje się rozwijać. Brutalna prawda jest taka, że szybciej uczymy się na błędach innych niż na swoich. Nauka, dzięki obserwacji działań innych, zwłaszcza w naszym, wizualnym świecie, może przebiegać szybciej i lepiej.  Wrócę jeszcze na chwilę do wątku głównego. Mówi się, że akademie kształcą projektantów w taki sposób, że trudno im się później odnaleźć w rzeczywistości. Czego Twoim zdaniem brakuje w edukacji artystycznej, żeby “lądowanie” w realnym świecie i pracy po studiach było dla projektanta mniej bolesne?

Myślę, że podczas studiów zabrakło mi kształcenia w dziedzinie rozwoju osobistego, planowania ścieżki kariery. Rozmowy o tym, co zamierzam robić po studiach. Chciałbym, żeby ktoś zapytał mnie o plany na przyszłość wcześniej, niż po zrobieniu dyplomu. Miałbym więcej czasu i przestrzeni na rozmyślanie, podejmowanie decyzji i zmiany.

Z drugiej strony, zaczynam myśleć, że to dobrze. Może brutalne zderzenie z rzeczywistością to pewnego rodzaju sprawdzian. Mam też świadomość, że studia licencjackie powinny być czasem eksperymentowania i niepodejmowania decyzji o tym, co ma się dziać później, bo nie ogranicza nas to kreatywnie. Zupełnie inne oczekiwania mam już co do studiów magisterskich.

Moodboard i szkice projektowe Huberta Pelca przygotowane podczas pracy nad kolekcją dyplomową. Na planszach widać inspiracje folklorem, motywami ludowymi oraz sylwetki projektów łączących tradycyjne rzemiosło z ekstrawagancką formą. Materiały pokazują Moodboard i szkice projektowe Huberta Pelca przygotowane podczas pracy nad kolekcją dyplomową. Na planszach widać inspiracje folklorem, motywami ludowymi oraz sylwetki projektów łączących tradycyjne rzemiosło z ekstrawagancką formą. Materiały pokazują proces twórczy opisywany w wywiadzie. twórczy opisywany w wywiadzie.

Uważam, że właśnie po to jest podział na licencjat i magisterkę. Studia licencjackie to czas poszukiwania. Nie zwracamy uwagi na konfekcjonowanie, wybaczamy wiele. To czas na wyeksploatowanie swojej wyobraźni, a przede wszystkim znalezienie kierunku dla siebie. Natomiast studia magisterskie są dla mnie schodzeniem do poziomu brandu, bez względu na to, czy będzie on brandem własnym, czy absolwent będzie gdzieś zatrudniony. Dzięki temu moment odczuwania jakiegoś dyskomfortu związanego z realną pracą można przesunąć trochę wcześniej na osi czasu, nie musi nastąpić tuż po studiach.  Skąd w ogóle pomysł na studiowanie mody? 

Skończyłem liceum plastyczne na specjalizacji “projektowanie ubioru”, chociaż przez jakiś czas chciałem zdawać na malarstwo. Modę czułem od zawsze. Byłem dzieckiem, które cały czas rysowało. Nie drzewka, domki i pieski, ale sukienki i buty. Brzmi to jak standardowa opowieść o początkach każdego projektanta, ale w moim przypadku tak naprawdę było. Obcowanie z ubraniami było od zawsze moją naturalną potrzebą. Chciałem ubierać wszystkich wokół, a potem również samego siebie. Wiedziałem, że będę kręcić się wokół projektowania, bo samo dobieranie stylizacji nie było dla mnie wystarczające. Moim ulubionym miejscem zawsze były second handy. Kiedy byłem nastolatkiem nurkowanie w stosach ubrań było moją ulubioną aktywnością. W liceum plastycznym ubierałem moje przyjaciółki w najdziwniejsze znaleziska z odmętów prowincjonalnych second-handów, a one były na tyle odważne i szalone, że nie stawiały oporu i chodziły tak z dumą po mieście.  Projektowanie ubioru na ASP było więc oczywistym wyborem. Znowu nie jest to spektakularna opowieść (śmiech).

Jest szczera i prawdziwa. Przejdźmy do sedna, czyli do kolekcji dyplomowej, którą można było zobaczyć w finale Złotej Nitki w ubiegłym roku w Łodzi. Jaka jest jej geneza? Skąd się wziął pomysł i inspiracje? Jak powstały wszystkie elementy? Co Cię skierowało w stronę form i tematu folkloru?

Folklor jest dla mnie pierwotną formą sztuki. Jest prawdziwy, najprostszy, szczery. To mnie w nim kręci. Lubię sztukę tworzoną przez amatorów. Ze wszystkich kierunków najbardziej inspiruje mnie art brut.

Uważam, że nie ma piękniejszej formy ubioru niż haftowana ręcznie rzeszowska kamizelka. Nie jest idealna, widać, że jest wytworem pracy ludzkich rąk. Jej nieperfekcyjność mnie wzrusza, a fakt, że ktoś postanowił poświęcić czas i wyhaftować cały gorset koralikami jest piękny. Od zawsze mogłem patrzeć godzinami na wszystkie formy tradycyjnego rzemiosła. Pomysł na to, żeby się zająć folklorem przy okazji dyplomu pojawił się na stażu u Stefana Kartcheva. Stefan bardzo mocno odnosi się we wszystkim, co robi, do folku. Praca z nim i uczestniczenie w procesie projektowym upewniło mnie, że powinienem zgłębiać ten temat. Chciałem to połączyć z czymś, w czym czułem się dobry projektowo – z totalną ekstrawagancją i przepychem. W ten sposób narodziła się koncepcja zestawienia polskiego folkloru ze stylem “club kids”, osób tworzących sceny klubowe w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych w największych ośrodkach miejskich – Nowym Jorku i Londynie. Tą fascynacją zaraziła mnie z kolei moja siostra, która zakochana jest w sztuce dragu. Kiedy zacząłem patrzeć na folklor z tej perspektywy, zauważyłem w nim nowy potencjał. Mimo, że teoretycznie te dwa światy są od siebie dalekie, to estetycznie są bardzo pokrewne. Pełne blichtru, często najbardziej banalnych motywów. Zacząłem je ze sobą blendować. Dodatkowo, ta kolekcja jest też o poczuciu przynależności do dwóch skrajnych społeczności. Jako osoba będąca częścią queerowego środowiska, w której żyłach realnie płynie góralska krew, poczułem potrzebę opowiedzenia jednej spójnej historii o swojej tożsamości.

Ważną częścią zbioru inspiracji była tradycja Jukacy – kolędników z Żywiecczyzny. Kostiumy, w których występują, są wykonywane przez mężczyzn. Kwestia płci w tym kontekście, ale również w kontekście mody jest w tym przypadku zakrzywiona, co wydało mi się nietypowe.  Postanowiłem, że dyplom będzie bazował na męskiej sylwetce.

Odbiorcą nie musi być jednak mężczyzna. 

Zdecydowanie nie. Łatwiej pracuje mi się z męskim ciałem. Jest prostsze, przez co dla mnie bardziej plastyczne. Wszystko co robię dedykowane jest każdej płci.

Z czego powstała kolekcja? Dosłownie i technicznie? Zaczynałeś od tkanin? Kolekcjonowałeś je wcześniej? Czy najpierw powstawały projekty, do których później szukałeś materiałów?

Najpierw było bardzo dużo szkiców i rysunków. To dla mnie ważny etap, bo przez rysunek łatwo mi się komunikuje. Od początku ważny był dla mnie też kolor.

Sam wybór tkanin był instynktowny. Szukałem materiałów, które łączyłyby dwa inspiracyjne światy. Opracowałem też autorskie techniki. Zależało mi na tym, żeby wykorzystać nie odzieżowe materiały, ale w bardzo odzieżowy sposób. Zacząłem eksperymentować, szukałem rozwiązania na uzyskanie nowego rodzaju cekinów. Ciąłem je z różnych folii – przezroczystych, błyszczących, zabarwionych kolorem. Następnie każdy z elementów naszywałem ręcznie na płaszczyznę tkanin. Proces realizacji był bardzo długotrwały, ale był mi też potrzebny. Monotonne powtarzanie określonych czynności było relaksujące i medytacyjne w czasie intensywnej pracy nad dyplomem, a za dużo czasu na relaks w tamtym okresie nie miałem, dlatego uparłem się na tą czasochłonną metodę.

W kolekcji miesza się też sporo bardzo zróżnicowanych technik. Jedna z sylwetek jest w całości zadrukowana sitodrukiem. Powstała, bo chciałem zinterpretować w autorski sposób hafty folkowe. Rysowałem florystyczne motywy zaczerpnięte z tradycyjnych haftów, przenosiłem na ogromne sita, drukowałem tkaniny. To było spore logistyczne wyzwanie, ponieważ spodnie składały się z ponad 30 elementów wykroju, a wzory trzeba było dopasować tak, by w odpowiednich miejscach się ze sobą łączyły i na siebie nachodziły.  W innej sylwetce wykorzystałem druk cyfrowy, nakładany digitalowo na poszczególne elementy konstrukcji. Nie chciałem wykorzystywać tylko jednej techniki. Chciałem spróbować różnych rzeczy. Zależało mi na tym, żeby podczas realizacji dyplomu nie znudzić się szybko projektami. Chciałem się cały czas dobrze bawić. Czasem wydaje mi się, że odejmuje to spójności mojej kolekcji. Potem dochodzę jednak do wniosku, że właśnie przez to jest tak  autentyczna. Zupełnie jak kostiumy żywieckich kolędników, którzy też świetnie bawią się rzemiosłem.

Modelka leży na ziemi w lesie na białej, wycinanej instalacji z motywami kwiatów i ptaków. Ma na sobie szeroką, wielobarwną suknię z falującą spódnicą w intensywne paski.
fot. Karolina Wojtas @matriioszka
Myślałeś o tym, żeby w jakiś sposób skomercjalizować kolekcję? Poprzez uproszczenie, zmianę technik, przyspieszenie działań? Realizacja dyplomu trwała bardzo długo; byłeś w ten proces zaangażowany przez prawie rok. Kolekcja to opowieść o Tobie, którą teraz trzeba albo przełożyć na sprzedaż albo utrzymać w obecnej formie.

Zakładam opcję uproszczenia i komercjalizacji kolekcji, jest to wykonalne. Wiem nawet jak to zrobić, przemyślałem to w procesie jej tworzenia. Wymagałoby to jednak sporego budżetu i nie czuję na ten moment potrzeby dosłownego przekładania tych motywów na ready-to-wear. Takim myśleniem zajmę się podczas studiów magisterskich. Mój dyplom licencjacki jest maksymalnym wykorzystaniem czasu, energii i możliwości, którymi dysponowałem podczas tworzenia. Szykuję za to coś innego, bardziej komercyjnego pod hasłem “folk is my second favourite f word”. Coś, co można będzie kupić już niedługo. Potrafię też myśleć biznesowo i komercyjnie.

Kiedy sklep internetowy albo stacjonarny?

W przyszłości. Myślę że instagram to niezwykle mocne narzędzie, które na początek w zupełności wystarczy. Czuję, że powoli i małymi kroczkami zajdę dalej.

Model stoi wśród drzew na tle białych, wycinanych form przypominających ptaki i kwiaty. Ma na sobie czarny, haftowany strój z frędzlami i wzorami inspirowanymi folklorem oraz nakrycie głowy z czarną chustą.
fot. Karolina Wojtas @matriioszka
Mówisz o rzemiośle. Realizacja kolekcji zabrała mnóstwo czasu i wymagała masy manualnej pracy. Co sądzisz o AI? Wykorzystujesz sztuczną inteligencję w swojej pracy?

Na pewno nie jako narzędzie kreatywne. Wykorzystuję sporadycznie do organizacji i planowania. Nie chciałbym jednak nigdy polegać na AI w kwestiach tworzenia i kreacji, bo czuję, że nie mam takiej potrzeby. W mojej głowie jest za dużo pomysłów, nie muszę wspierać się dodatkowymi narzędziami.

Twoja kolekcja została zaprezentowana na instagramie 1granary – najważniejszego portalu, skupionego na edukacji artystycznej i młodych projektantach. Zostałeś przez nich zauważony. To graniczy z cudem, zdarza się niezwykle rzadko. Czy jest to jakiś sygnał, żeby wyjechać z Polski i szukać pracy w dużych domach mody w Paryżu albo Londynie? Czy zostajesz w Polsce?

Przede wszystkim 1granary jest portalem, który regularnie odwiedzam i faktycznie czytam od bardzo dawna. To ogromna baza wiedzy na temat edukacji modowej.  Publikacja jest dla mnie ogromnym wyróżnieniem.

Czuję się też niezwykle zaszczycony z powodu publikacji edytorialu, który zrobiliśmy z Karoliną Wojtas, w magazynie King Kong. Każdy, kto mnie zna wie, że to moja niekwestionowana biblia modowej fotografii.

Myślę o wyjeździe od zawsze i utwierdzam się w przekonaniu, że moja estetyka jest łatwiejsza do strawienia za granicą. Choć chciałbym działać w Polsce, to, co robię, może być tutaj odbierane jako zbyt ekstremalne. Pracy poza Polską już próbowałem, będąc choćby na stażu w Brukseli u Stefana Kartcheva. To był super czas, bardzo inspirujący. Stefan pracował głównie z performerami. Pokazał mi zupełnie nową perspektywę na projektowanie kostiumu. Współprace z artystami związanymi z teatrem, tańcem, performancem to kierunek, na który dzięki niemu też chciałbym się otworzyć. Ostatnio zostałem zaproszony na rozmowę rekrutacyjną do jednego, wielkiego włoskiego domu mody. Finalnie wybrali innego kandydata, ale sam fakt ich zainteresowania moim portfolio bardzo mnie dowartościował (śmiech).

Materiały inspiracyjne wykorzystane przez Huberta Pelca podczas projektowania kolekcji dyplomowej. Wzory ludowe, graficzne motywy i archiwalne fotografie tworzą wizualną bazę dla projektów łączących folklor z estetyką klubową. To przykład procesu poszukiwań, o którym projektant opowiada w wywiadzie.

Ostatnie pytanie. Przewidywalne i strasznie nudne: co dalej? Co jutro, za miesiąc i dwa lata zrobi Hubert Pelc? Masz jakieś skrystalizowane plany?

Planem jest zaczęciem studiów magisterskich. Czuję, że nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa, mój proces edukacji jeszcze się nie zakończył. Chcę wrócić na akademię, do środowiska, w którym czuję się najlepiej. Marzę o pracy na uczelni ze studentami i powolnym budowaniu własnej marki, która będzie zawierała elementy bardzo luksusowego, rzemieślniczego, a jednocześnie awangardowego podejścia do recyclingu.

Moda czy inny kierunek?

Moda lub tkanina na ASP w Łodzi. Chciałbym się zająć też recyklingiem. Może nie w taki oczywisty sposób, jak dzieje się to dzisiaj. W Polsce recycling jest przewidywalny i niczym nie zaskakuje. Chciałbym w realizację swojej wizji zainwestować czas i energię, bo mam wrażenie, że mam nową, inną perspektywę na to, jak można byłoby operować surowcami z drugiego obiegu. Chciałbym skupić się na rzemiośle, princie, tkaninie, fakturze i eksperymencie w modzie i wykorzystać moje graficzne, kolorystyczne oko. Nie chcę też zapomnieć o tym, że moda to dla nie tylko ubrania, a ja nie czuję się tylko projektantem. Chcę działać też jako artysta.

Gdzie można zobaczyć Twoje prace?

Na instagramie: @hubertpelc.

Dziękuję za rozmowę!

Przeczytaj też: „Moda przyciąga ludzi do muzeów”. Adam Leja o kolekcjonowaniu, wystawach i potrzebie publicznego wsparcia

 

Autor wywiadu: Michał Szulc