Ma libańskie korzenie, włoski temperament, a do czasu założenia własnej marki koszulowej nigdy koszul nie nosiła. Kim jest Karolina Naji?

2093
mat. prasowe

Jeszcze nie skończyła 30., a już prowadzi własny biznes. Karolina Naji wiele osiągnęła dzięki ciężkiej pracy i zbieraniu doświadczenia u najlepszych. Po studiach w Wyższej Szkole Sztuki i Projektowania w Łodzi długo szukała pomysłu na siebie. Pracowała z social media, jako stylistka i kostiumografka, była związana z Bohoboco. W końcu postanowiła założyć swoją markę koszulową. Szkopuł w tym, że… Sama koszul nosić nie znosiła!

Rozmawiamy długo – ponad półtorej godziny. Cóż jednak poradzić, gdy jest tyle ciekawych wątków do poruszenia? Karolina ma w sobie tyleż samo uroku, co nonszalancji. A w tym wszystkim pozostaje businesswoman twardo stąpającą po ziemi.

Najtrudniejsze? Mieć pomysł na siebie – i nie bać się go realizować.

Jako dziecko uwielbiałam malować, wycinać, przebierać się… Chciałam pracować w modzie, choć może nie do końca było to dla mnie zawsze takie jasne – zaznacza Karolina Naji, która ukończyła Wyższą Szkołę Projektowania w Łodzi. Chociaż początkowo plany dalszej edukacji były zupełnie inne. Nie do końca miałam na siebie pomysł. Początkowo zdecydowałam się na arabistykę (mój tata jest Libańczykiem), ale tak naprawdę czułam, że to chyba nie do końca było coś, co chciałam robić. Zachęcona przez rodziców, zaczęłam więc szukać studiów modowych.

mat. prasowe

O swojej relacji z tatą Karolina mówi bardzo ciepło, zawsze podkreślając, że rodzice byli dla niej ogromnym wsparciem. Zawsze jej kibicowali. A kiedy zdecydowała się realizować swój pomysł i zacząć projektować koszule, bała się założyć firmę na siebie – poprosiła tatę o pomoc. To on zachęcił ją do robienia w życiu tego, co kocha, a teraz, gdy patrzy na córkę, często porównuje ją do jej babci. Mówi, że jestem jak 100% babcia – śmieje się Karolina. Ona również lubiła modę. Przysięgam, nawet w dresach wyglądała stylowo! Mam tak samo, bo lubię styl elegancki, ale kiedyś – a podłapałam to od rodziców – miałam styl zdecydowanie bardziej sportowy.  I podobnie, jak ja, babcia również miała swój sklep, który prowadziła we własnym domu. Ja też zapraszam klientki do siebie – na Showroom przearanżowałam przestrzeń w moim mieszkaniu.

Czego uczą początki?

Studia zaczęłam jakieś 9 lat temu, kiedy wybór był znacznie bardziej ograniczony niż dzisiaj. Nie było MSKPU czy szkoły Via Moda – wspomina Karolina, a my wracamy pamięcią do nie tak odległej przeszłości, kiedy edukacja modowa w Polsce dopiero raczkowała. Jedyne, co było związane z projektowaniem ubioru to studia na ASP w Łodzi, ale na rejestrację na nie nie zdążyłabym się już załapać. Wtedy znalazłam prywatne studia w Wyższej Szkole Sztuki i Projektowania. Nie były tanie, więc w tygodniu pracowałam, pomagałam rodzicom prowadzić ich biznes, a w weekendy jeździłam do Łodzi. Nie było łatwo.

Po roku studiów Karolina Naji zdecydowała się na kolejny duży krok. Chciała zmienić coś w swoim otoczeniu, zacząć realizować się w branży modowej – przeprowadziła się więc z rodzimej Częstochowy do Warszawy. Tam zaczęła pozyskiwać zlecenia. Każde zaś traktowała jako ważną lekcję – szczególnie to pierwsze zapadło jej w pamięć. Jedna firma (nie będę wymieniać z nazwy, bo mało kto ją kojarzy, to był raczej producent odzieży) chciała, bym zaprojektowała dla niej kolekcję. Potraktowałam to jako duże wyróżnienie. Mogłam przecież zaprojektować swoją kolekcję bez konieczności wydawania w tym celu mnóstwa pieniędzy. To było coś! Bardzo się zaangażowałam, zorganizowałam nawet sesję zdjęciową. Miałam 21 lat i byłam wtedy z siebie bardzo zadowolona. Ale… kolekcja nie ujrzała światła dziennego. Wciąż jest u mnie w szafie. Popełniłam spory błąd – za bardzo się „nakręciłam” i zapomniałam o sprawach biznesowych. Nie podpisałam umowy. A kiedy wyszło jak wyszło, nie zgodziłam się na upublicznienie kolekcji.

mat. prasowe

A bez kontaktów to nie da rady?

Branża modowa w Polsce to środowisko dość hermetyczne. To bańka, w której, ogólnie mówiąc, każdy zna każdego – komuś „z zewnątrz” trudno się do niej dostać, zaistnieć. Przynajmniej w teorii. A w praktyce? Karolina Naji zdołała udowodnić, że nie jest to niemożliwe. Byłam nowa w Warszawie, nie znałam nikogo. Zaczęłam więc pracę na etat – spoza branży – i dorywczo przyjmowałam zlecenia jako kostiumografka i stylistka. Później zaczęłam pracę w branży kreatywnej, w firmie zajmującej się reklamą. Odpowiadałam tam za social media – i właśnie wówczas zaczęło się moje zainteresowanie mediami społecznościowymi.

Byłam samoukiem, ale dokształcałam się też dzięki różnym kursom. Czerpałam z pracy w tej firmie, ile się dało – wiele się wówczas nauczyłam. Osoby stamtąd mnie inspirowały. Później przeszłam do agencji zrzeszającej operatorów i reżyserów. Miałam więc nieustanny kontakt z ludźmi, którzy poprzez swoją pasję spełniali się również zawodowo. Cała branża filmowa mnie bardzo inspirowała i powoli motywowała to zrobienia czegoś swojego i chęci łączenia tego co kocham z pracą – szkopuł w tym, że, jak przyznaje Karolina, sama tego pomysłu jeszcze nie miała. Jeszcze.

Blogowanie – strata czasu czy źródło inspiracji?

Karolina próbowała  więc na różnych frontach. Kiedyś, pchana impulsem, zdecydowała się założyć bloga, ale prowadziła go tylko przez rok. Z założenia wszystkie stylizacje, jakie pokazywałam były uszyte przeze mnie. Sprawiłam sobie maszynę. Uczyłam się szyć z Internetu i robiłam wykroje na podstawie rzeczy, które miałam w szafie. Nie zawsze wychodziło mi idealnie.. Ale udało mi się wtedy zrobić pierwszą swoją koszulę – różową, do kompletu ze spodniami. Zestaw bardzo mi się spodobał. Ale sama koszula była trudna do uszycia.

Nie była to jednak jej bajka. Do szycia trzeba mieć doświadczenie i umiejętności krawieckie, których Karolinie brakowało. Choć, co ciekawe, po latach do maszyny wróciła. Z resztek przeznaczonych na koszule tkanin szyje apaszki, a cała kwota trafia do pomagającej zwierzakom Fundacji Złap Dom.

Prowadzenie bloga zaowocowało jednak pomysłem na własną markę. Stwierdziłam: „A w sumie, może zrobiłabym markę z koszulami?”. Pomysł – niszowy, powracający do tradycji sklepów wyspecjalizowanych w jednym raptem elemencie garderoby, był świetny. Problem leżał gdzie indziej – Karolina koszul nie nosiła. Zbytnio kojarzyły jej się z niewygodnym mundurkiem z liceum. W poszukiwaniu inspiracji przeszłam się tamtego dnia do galerii. Szukałam jakiejś koszuli, na której mogłabym się wzorować, ale żadna mi się nie podobała. Albo tkanina była nie taka, albo nie ten krój. To było dwa lata temu, jeszcze zanim oversize’owe koszule zrobiły się naprawdę modne. A kiedy miałam dać krawcowej wymiary, to za przykład brałam koszulę swojego chłopaka – bo sama żadnej nie miałam w szafie!

mat. prasowe

Jak ogarnąć swoją markę – i się nie poddać?

Na początku Karolina nie była chętna, by postawić wszystko na jedną kartę. Marka była na początku założona na jej tatę, a sama w międzyczasie podjęła się pracy w niestety nieistniejącym już Bohoboco. To był bardzo intensywny czas, ale skończyło się na tym, że koniec końców nie miałam już nawet czasu na swoją markę. Było mi przykro, bo chciałam, by moja marka się rozwijała. Po roku podjęłam decyzję i odeszłam z Bohoboco. Czy się bała? Jasne, że tak. Nie miałam już tej samej pensji wpływającej co miesiąc na konto. Kiedyś miałam tę stabilizację, teraz wiem, że nawet parę dni mojej nieobecności na  Instagramie oznacza, że po prostu znikam. Nie mogę sobie więc na to pozwolić.

Na social media i kontakt z klientkami stawiała zresztą od samego początku i teraz uważa, że to takie właśnie podejście pozwoliło jej się wybić: jestem aktywna na Instagramie – pokazywałam na nim np. jak prać koszule, jak je stylizować… Najintensywniej zwykle jest po godzinie 17, kiedy większość klientek kończy pracę i zagląda na Instagrama. Na ich zapytania staram się odpowiadać maksymalnie w przeciągu godziny. Nic dziwnego, że jej dzień pracy trwa czasem do północy: sama odpowiadam za komunikację, za obsługę klienta, właściwie za wszystko. Poczynając od procesu projektowania – pomaga jej tylko poznana krawcowa i konstruktorka.

mat. prasowe

Początek był ostrożny –  powstały 3 modele. Teraz może pozwolić sobie na znacznie większą kolekcję. Nie kryje, że to dla niej powód do dumy: cieszę się, że po 2 latach istnienia marki jestem w stanie wypuścić kolekcję z koszulami, , sukienkami w wielu kolorach, wzorach a nawet spodnie w komplecie z koszulą, które marzyły mi się już dawno…

Czy warto celować w niszę?

Przez całą naszą rozmowę to pytanie nie przestaje mnie nurtować. Wszak wielu pewnie do pomysłu stworzenia marki specjalizującej się w raptem jednym produkcie może podchodzić z dużą dozą sceptycyzmu. Bo czy w taki sposób można na siebie zarobić? Zdaniem jednych byłby to pewnie strzał w kolano. Zdaniem drugich – pokroju Karoliny – szansa na wyróżnienie się z tłumu marek. Oczywiście, też słyszę od klientek „Karolina, fajnie by było gdybyś miała jeszcze marynarki, spodnie itd.” Ufają mojemu zmysłowi artystycznemu, ale ja nie chciałabym robić tego, co inne marki. Mamy ich dużo na rynku, z fantastycznymi produktami w ofercie. Ja wolę specjalizować się w jednej, konkretnej rzeczy, by ułatwić moim klientom zakup. Po prostu, jeśli koszula – to u mnie. Nie chciałam tworzyć „kolejnej marki”.

Tę niechęć do bycia „jak inni” widać też w proponowanym przez Karolinę Naji designie. Jej koszule są minimalistyczne, ale na pewno nie nudne. Z założenia mają pasować do różnych stylów – tak, by można je było nosić zarówno do eleganckich spodni, jak i do sportowych butów i dżinsów. Dlatego jeśli taliowanie, to delikatne i tylko u góry, dół zaś rozkloszowany, dający efekt dzwonu.

Zdaniem Karoliny oversize jest najwdzięczniejszym, bo pasującym większości sylwetek, krojem. Na każdym może wyglądać trochę inaczej – jak podkład do twarzy! – żartuje. I zaraz potem dodaje: Czasem słyszę, że wreszcie mogłabym zrobić „normalną koszulę”. Taką bez wiązań i bez spinek. Ale ja nie chcę – bo wiem, że można ją znaleźć gdzie indziejZawsze lubiłam rzeczy nietuzinkowe – na przykład mam słabość do oryginalnych butów i torebek! – dlatego zależy mi aby również moje projekty miały w sobie to coś! I  mają.

Zwężane mankiety, bo mimo swojej słabości do kroju oversize Karolina chce podkreślać to, co uważa za  wyjątkowo kobiecy element ciała, nadgarstki. Jednak opracowanie mankietów tak, by pasowały do różnych typów rąk wcale nie było łatwe! Głównym kryterium zawsze jest wygoda. To ona, w połączeniu z kobiecością, stanowią clou stylu  Karoliny: Zależy mi na tym aby moje klientki mogły odnaleźć w sobie kobiecość i styl, tak samo jak ja go znalazłam wraz z założeniem marki.

Z pasji do nietuzinkowości zdecydowała się przywrócić na modową scenę… Spinki do mankietów. To było wyzwanie. W Polsce nie udało mi się znaleźć dobrej firmy, która by takie spinki produkowała. Nawiązałam co prawda kontakt z jedną, ale kiedy wysłano mi ofertę, to te same spinki znajdowałam na AliExpress. Tyle że mnie chciano je wcisnąć za-nie-wiadomo-ile za parę. Dlatego zaczęłam szukać za granicą firm specjalizujących się w tym zakresie. Dokładnie rozrysowałam to, jaka spinka mi się marzy. Wybrałam minimalistyczny wzór. Na początku miała być róża, ale była za mało uniwersalna. Logo (KN) też odpadało, bo jeśli na spinkach pojawiają się literki, to zwykle są to inicjały właściciela. Ze spinek chcę uczynić kolejny element charakterystyczny dla marki. I, kto wie, może Karolina zacznie nowy trend?

Czy planować w Polsce przyszłość biznesową?

Karolina może mówić oczywiście tylko za siebie. I, jak wyjaśnia: Tak, widzę przyszłość w Polsce, ponieważ mam tutaj cudowne klientki, które doceniają polskie marki, jakość tkanin ich unikalność. Jednak moim ogromnym marzeniem są Włochy i z tym krajem chciałabym związać swoją przyszłość. Kiedy jeżdżę  tam po tkaniny, to widzę we Włoszkach jakąś cząstkę siebie. Inspirują mnie. W zeszłym roku, jeszcze w lutym, byłam na targach we Włoszech – to, w jaki sposób tamtejsi producenci opowiadają o tkaninach jest nie do uwierzenia. Diametralnie różni się od polskiego podejścia. To ludzie, którzy interesują się, pasjonują tym, co robią – mówi o innych, choć ja tę samą pasję słyszę w jej głosie.  Kochają tkaniny, co widać. Pamiętam, jak pewna pani pokazywała mi tkaninę, jak rozkładała belkę – jej ręka z delikatnością przejeżdżała po tkaninie. Aż miałam dreszcze!

>>> Czytaj również: Nie lubi „biznesu” i „mody”, oferuje swetry za 1600 zł. Kim jest Katarzyna Szymańska?