WYWIAD „Żeby w życiu coś mieć, trzeba najpierw coś robić”. Rozmawiamy z Tomkiem Kanią

1870

Czasem w życiu bywa tak, że poznajemy ludzi w momentach, w których najbardziej ich potrzebujemy. Tomka poznałam na warsztatach Geek Goes Chic, na których był jednym z mentorów. Wówczas okazało się, że bohater mojego dzisiejszego wywiadu ma niezwykle ciekawy życiorys i mnóstwo doświadczenia w retailu: wprowadzał na polski rynek takie marki jak River Island czy Aldo, był dyrektorem finansowym SMYK-a, aby następnie zarządzać polską Zarą przez kilka lat. Jednak nie o doświadczeniu będzie tym razem mowa, a o naszych wyborach życiowych. Tomek dziś jest autorem książki: Myśl co chcesz, to Twoje życie, prowadzi bloga o tej samej nazwie, na którym przybliża mechanizmy, które nami rządzą. Jak mówi sam autor, swoją karierę zaczynał w Niemczech od mycia ogonów krowom, a determinacja i ciężka praca sprawiły, że jest dziś w tym, a nie innym miejscu. Nie było łatwo. Zapraszam Was na bardzo intymną rozmowę z Tomkiem Kanią.

Masz bardzo ciekawy życiorys i wiele lat doświadczenia m.in. w branży odzieżowej. Opowiesz nam o tym?

Ufff… To pytanie na oddzielną książkę. Mam bardzo wiele doświadczeń życiowych i nie jest to żadna „ocena” tylko stwierdzenie faktu. W pewnym sensie jestem ich poszukiwaczem, dlatego je „znajduję”. Albo one mnie. Trochę więcej o tym w książce. Ale faktem jest, że między innymi pełniłem funkcję prezesa zarządu dwóch spółek z branży: ZARA Polska (jako pierwszy Polak) oraz Ultimate Fashion (franczyzobiorcy min. ESPRIT, MANGO, MEXX, ALDO, BOSS, River Island i kilku innych). Po 5 latach bardzo szybkiego rozwoju postanowiłem zmienić „kurs” w życiu. UF zatrudniał wtedy ponad 1000 osób.

Słuchając Twojej historii ma się wrażenie, że zawsze byłeś w odpowiednim miejscu i czasie, aby przyjąć na swoje barki kolejne wyzwanie. Jednak to nie przypadek. Co sprawiło, że tak konsekwentnie wspinałeś się po ścieżkach kariery?

Teraz patrzę na to inaczej. Nie tyle się „wspinałem”, co dostawałem takie możliwości. Oczywiście byłem na ich „przyjęcie” gotowy, bo zawsze starałem się robić to, co należało do moich obowiązków (wynikających z umów) na 100%. I jeszcze dodać coś ekstra od siebie. To było zauważane. Każdego do tego zachęcam. By dodać coś więcej. Zresztą już Napoleon Hill (jeden z moich nauczycieli, choć już nieżyjący) wspominał o tym, że jedną z podstaw sukcesu jest robienie „więcej niż trzeba”. Trochę o tym mówiłem w cyklu filmów o naukowych podstawach sukcesu według Napoleona Hilla.

Często porównujesz sukces ze sportem, a o cechach sportowca mówisz jako o tych, które decydują o sukcesie.

Mówię o sporcie z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że mnie od zawsze bardzo on interesuje. Po drugie dlatego, że tam sukces najłatwiej zobaczyć. I może dlatego tak mnie to interesuje? Przy czym jestem bardzo daleki od definiowania sukcesu jako wygranej. Sukces ma wiele wymiarów. Podaję jego definicję w książce wraz z jej interpretacją. Sukces, według mnie (za Earlem Nightingalem), to stałe dążenie do celu, który jest nas „godzien”. Z akcentem na stałe dążenie właśnie. A sport? Tu o sukcesie (jak i w życiu) decydują przede wszystkim cechy mentalne. Michael Jordan mówił choćby, że stał się najlepszym koszykarzem w historii dlatego, że po drodze poniósł wiele porażek, z których wysnuł wnioski. W jego mentalności porażka nie była katastrofą, a lekcją w drodze do mistrzostwa. Adam Małysz tez przewracał się na skoczniach, będąc już mistrzem świata. Ale dzięki swym cechom mentalnym znowu nim został.

Kiedyś powiedziałeś, że warto szlifować nasze najlepsze strony oraz atuty i właśnie im dedykować większość swojej energii i czasu. Wielu z nas szuka perfekcji i koncentruje uwagę na słabych stronach, próbuje naprawić niedociągnięcia. To podejście zmienia życie, zmieniło moje życie…

I moje! Tak, zrozumiałem to w końcu. Podaję na to taki przykład, który wymyśliłem: kogo interesuje, czy Usain Bolt jest w stanie przebiec maraton? Albo choćby 250 metrów? On „żyje” z biegania 100 i 200 metrów. I nad tym pracuje. Może nie mieć w ogóle wytrzymałości. Potrzebna jest mu szybkość. Kogo interesuje, czy Andrzej Wajda wiedział coś o fizyce kwantowej? Albo czy Steve Jobs umiał tańczyć? Sukces w życiu odnosi się na ogół w jednej dziedzinie. W tej, w której jest się dobrym, bo ma się ku temu predyspozycje i/ lub w tym co kocha się robić. Co nas pasjonuje. Dla mnie synonimem ogromnego sukcesu jest pani Renata, która w okolicznej miejscowości otworzyła „delikatesowy” zieleniak. Trudno spotkać równie zadowoloną z życia, pełną energii osobę. A pracuje 6 dni w tygodniu po kilkanaście godzin. Kocha to, co robi. I jest w tym naprawdę dobra. A że ta świadomość zmieniła Twoje życie? To znaczy, że odniosłem jakiś sukces. Chciałbym takich więcej.

Po pracy w korporacji postanowiłeś napisać książkę, następnie zacząłeś prowadzić bloga, aby w końcu publikować video z Twoimi wypowiedziami. Czy książka to kolejny cel w Twoim życiu?

To dłuższa historia. Pomiędzy robiłem też inne rzeczy. Zbierałem doświadczenia, które później okazały się bardzo przydatne przy pisaniu (choć nie z takim celem je zbierałem). Książka to tylko etap. Mam w myślach dużo większą „wizję”, której nie da się zrealizować ot tak, od razu. Podejmuję zatem kolejne kroki. To zdecydowanie nie koniec. Każdego też do tego zachęcam. Wkrótce będzie o tym (u mnie) więcej. To będzie mój kolejny krok w drodze do celu.

Porzuciłeś swoją strefę komfortu…

Raczej poszerzyłem jej granice. Robię to stale. Nauczyłem się tego. W pewnym sensie czuję się niekomfortowo nie przekraczając jej granic. To trochę jak sposób na życie, wręcz uzależnienie. Robienie wciąż nowych rzeczy. Tyle że jestem już świadom towarzyszących temu choćby procesów psychologicznych. Powiem tak: na własnym przykładzie widzę, że jeśli ktoś się tego nauczy, to nie chce się zatrzymać. Bo to super uczucie. Wymaga to swoistego opanowania lęku. Działania pomimo niego. Bo strach towarzyszy każdemu. Choćby strach przed porażką. Każdy ma bowiem swoją strefę komfortu. Większą lub mniejszą. Ludzie sukcesu po prostu nauczyli się przekraczać jej granice, poszerzać ją. Michael Jordan wciąż grał, mimo ryzyka porażek. Richard Branson, choć jest multimiliarderem,  boi się wystąpień publicznych. Występuje jednak. Osobiście też mam obawy przed oceną innych. Mimo to wypowiadam się publicznie.

Kiedy marzenia powinny stać się celami?

Gdy wypływają z nas. Tym marzenie różni się według mnie od celu. Cel może pochodzić z nas, ale często pochodzi z zewnątrz (od rodziców, partnera, nauczyciela, społeczności). Marzenie zawsze z nas. Cele wypływające z nas to właśnie marzenia.

W książce napisałeś, że nie ma drogi na skróty: perfekcyjny tort prawie nigdy nie wyjdzie za pierwszym razem, ale żeby zbliżyć się do perfekcji należy słuchać rad innych. No właśnie, w dzisiejszych czasach mam wrażenie, że chętniej chcemy byś słuchanym, niż słuchać. Zgadzasz się z tym stwierdzeniem?

To trudne pytanie. Bo pisząc to, co piszę, chcę być słyszany przecież. Ale podkreślam też, że wciąż się uczę od innych. Słucham ich. Myślę, że należy znaleźć w tym równowagę. Każdy z nas ma wszak coś do powiedzenia. Każdy też może i powinien wciąż się uczyć. Harv Eker, jeden z moich ulubionych nauczycieli, pisze, że wszyscy ludzie sukcesu wciąż się uczą. Dlaczego? Bo świat wokół nas się rozwija, nieustannie się zmienia. My się zaś coraz bardziej specjalizujemy. Dlatego wciąż jest od kogo się uczyć. Przed wejściem na Kilimandżaro pytałem o radę tych, którzy tam byli, a nie sąsiadów. Każdy, najlepszy nawet, sportowiec ma swojego trenera. Jaki jest jego wpływ? Popatrzmy na wynagrodzenia najlepszych. Gwiazdy innych dziedzin też na ogół mają swoich coachów. Bo w drodze do mistrzostwa trzeba się wciąż rozwijać. Dobry nauczyciel, ktoś patrzący z zewnątrz, bardzo może w tym pomóc. A zrealizowawszy swe cele dobrze jest iść dalej. Uczyć się. Rozwijać. Nieustająco.

„Dlaczego nie żyje Prince?” artykuł z bloga Tomka Kani

Jednym z moich ulubionych cytatów z książki jest: wiele z naszych celów oscyluje wokół słowa „mieć”, ale żeby coś mieć, trzeba coś robić. Więcej mówimy niż robimy?

Częściej marzymy niż realizujemy owe marzenia? Mógłbym godzinami… W skrócie: żeby coś mieć, trzeba najpierw na to jakoś zarobić. Przy czym nie chodzi mi tylko o pieniądze. Te zarabiamy pomagając innym rozwiązać jakieś ich problemy (zgodnie z prawem wynagrodzenia – jednym z moich ulubionych praw uniwersalnych). Ale też żeby mieć satysfakcję czy dobre relacje z dziećmi też coś musimy w tym kierunku robić. A co do marzeń: dla mnie marzenie to takie „coś”, co powoduje, że działamy w kierunku jego realizacji. Marzenie o tym, żeby mieć figurę Anny Lewandowskiej, siedząc z paczką chipsów przed telewizorem to tylko życzenie. Podobnie jak marzenie o tym, by partner się zmienił, bez działania w tym kierunku, najlepiej przez równoległą zmianę samego siebie. Marzenie o sukcesie (czymkolwiek on dla nas jest) bez działania w tym kierunku jest po prostu niezgodne z jego definicją. Sukces polega wszak na ciągłym działaniu w wybranym przez nas kierunku.

Mocno wierzę w prawo przyciągania, z książki domyślam się, że Ty chyba też?

Nie, ja nie wierzę. Po prostu nie mam wątpliwości co do jego występowania. Staram się natomiast zgłębiać tajniki jego działania. O tym między innymi sporo piszę na blogu. Prawo przyciągania jest fascynujące. A jego zrozumienie może mieć ogromny wpływ na nasze życie.

Napisałeś: jesteśmy swoistymi transformatorami: emitujemy i odbieramy energię. Czy właśnie taką intuicją warto kierować się w życiu podejmując decyzje? Jeśli tak to jakie? Czy aby na pewno wszystkie?

A co podpowiada Ci intuicja? A tak serio: to kolejny bardzo rozległy temat. Fizycy już dawno dowiedli, że wszystko we wszechświecie jest energią i wciąż się porusza i zmienia. Przed udzieleniem odpowiedzi na Twoje pytania byłem nieco inny niż jestem teraz. Coś się zmieniło, coś się poruszyło. Nie było odpowiedzi, a już są. Wynika to jakoś z energii, jaką w to włożyliśmy (Ty pytając, ja odpowiadając). A wracając do pytania: to, co nazywamy intuicją to sygnały płynące do naszej świadomości z naszej podświadomości, która jest dużo potężniejszym narzędziem od świadomości właśnie. Tyle, że jej działania świadomie nie kontrolujemy. Tak czy inaczej: nie lekceważę płynących z niej sygnałów. Nawet jeśli przeczą powszechnej logice, obowiązującym paradygmatom. Nie lekceważę nie znaczy, że zawsze działam zgodnie z nimi. Rozważam je. Traktuję je jako podpowiedzi od kogoś, kto po prostu widzi i wie więcej. Gdy jednak powracają… A co inni z tym robią? Nie wiem.

W pewnym momencie swojego życia znalazłeś się w pustce. Piszesz w książce o tym, że otarłeś się o depresję, o nadużywaniu alkoholu, o zagubieniu i stracie sensu życia. Co powiedziałbyś wszystkim tym osobom, które dziś znalazły się w tym miejscu? Od czego zacząć?

Na szczęście to już za mną. Piszę też o tym na blogu, choćby w artykule pt. Dlaczego nie żyje Prince? Od czego zacząć? Od znalezienia sobie celu. I konsekwentnych prób zrealizowania go. Nawet jeśli miałby to być cel „na siłę”. Bo starając się go zrealizować… mamy cel! Najlepiej, by wypływał z nas. Dążąc do jego realizacji wychodzimy z pustki. Uczymy się przy tym czegoś. To na ogół możemy wykorzystać w przyszłości. Rozumiem, że nie jesteśmy tego uczeni przez nasz system edukacyjny. Co więcej: jako społeczeństwo na ogół realizujemy cudze cele. Wypalamy się w tym. Tak było ze mną. Teraz mam jednak swój cel. Swoje marzenie. Może głupie, ale moje. I moje życie nabrało nowych wymiarów, nowych smaków. I choć (przynajmniej czasowo) zmniejszył się mój komfort finansowy, to dużo bardziej czuję, że żyję. Chce mi się uczyć każdego dnia. Nikt mi jednak o tym nie powiedział wcześniej. Myślę jednak, że zdobyta dzięki temu wiedza stanowi dużą wartość, którą mogę przekazać kiedyś choćby swoim dzieciom. Staram się jednak już teraz przekazywać ją innym. Chciałbym też podkreślić jedno: na naukę, zmiany, sukces i realizację marzeń nigdy nie jest za późno. I to nie tylko moje słowa. A spotykam ludzi w wieku około 30 lat, którzy twierdzą (z pełnym przekonaniem), że ich życie to już prawie się skończyło. Zapewniam: najprawdopodobniej dopiero się zaczyna. To jeszcze jakieś 60 lat… A gra się przecież do końca. Dopóki Sędzia Najwyższy naszej gry nie zakończy.

A co powiedziałbyś wszystkim młodym osobom, które gdzieś dopiero zaczynają stawiać swoje pierwsze kroki w karierze, które myślą o swojej własnej marce?

Przede wszystkim, by w siebie uwierzyły. By miały w miarę jasno określony cel. Swój cel. By zaczęły działać w kierunku jego realizacji. Niestrudzenie. By się nie poddawały. Z pewnością dużo się przy tym nauczą. Bo jak mówi Harv: by odnieść sukces trzeba działać. Potem wyciągać z tego wnioski. Na ich podstawie działać. Nowe wnioski. I tak wiele razy. Aż do celu. Zrobić z tego swój nawyk. A ja, tym co piszę i mówię, będę starał się w tym jakoś pomagać. Dlaczego? Bo warto. Mamy tylko jedno życie i od nas zależy co z nim zrobimy. Nawet jeśli brzmi to jak rodzaj trucia i propagandy. Od nas zależy, czy wykorzystamy w ogólnym rozrachunku to, co życie nam podsyła dla swego dobra, czy damy się wykorzystać innym. Dla ich dobra. Z jednym wszak zastrzeżeniem: nie można dobra innych świadomie naruszać. Poza tym? Wszystko w naszych rękach. I umysłach.

Rozmawiała Ula Wiszowata

Książkę Myśl co chcesz, to Twoje życie znajdziesz TUTAJ.

E-book jest dostępny TUTAJ.