WYWIAD „Lubię, kiedy się kręci wokół mnie”. 20 lat polskiej mody oczami Anny Puśleckiej

696
Anna Puślecka, Fot. Ula Wiszowata

Annę Puślecką znają chyba wszyscy. Swoją karierę zaczynała 20 lat temu jako prowadząca wiadomości w RTL7, ale pamiętamy ją głównie z TVN Style i Dzień Dobry TVN, gdzie prowadziła programy o modzie. Równolegle z pracą w telewizji prowadzi własną działalność (produkcje TV, fashion consulting), pisze teksty do magazynów, bo jak twierdzi: jako freelancer trzeba mieć kilka nóg dokręconych. Niedawno rozpoczęła swój nowatorski projekt #AnnaPuśleckaLIVE w social mediach będący relacjami na żywo z wydarzeń modowych i wywiadami. Swoje doświadczenie dziennikarskie, doskonałą znajomość mediów i rynku mody (zarówno biznesową, jak i show-bizensową) oraz rozległą sieć kluczowych kontaktów wykorzystuje we współpracy ze światowym liderem sprzedaży high fashion online – LUISAVIAROMA.COM. Dla marek zagranicznych jej znajomość polskiego rynku i jego sekretów jest bezcenna, bo żadną miarą nie można polskich realiów przełożyć na schematy w świecie mody za granicą. A  Anna Puślecka skutecznie je objaśnia. Mówi biegle po włosku i jak sama mówi – jest mentalną Włoszką i kontakt z tym krajem ma nieprzerwanie od 20 lat. Dziś dobrze czuje się w roli konsultanta rynku mody.

Obserwujesz nasz rynek już dwadzieścia lat. Jaki on jest w Twoich oczach?

Zmienny, kapryśny, zaskakujący (czasem pozytywnie, innym razem nie), na pewno dynamiczny. Jak każdy nowy i młody rynek. Bo takim Polska jest. Obyś żył w ciekawych czasach – mawiają Chińczycy i w ich kulturze to jest przekleństwo. Mnie przyszło żyć w ciekawych czasach i mam to szczęście, że przez 20 lat pracy nabrałam doświadczenia we wszystkich mediach – głównie w TV jako producentka i prowadząca programy, ale także w radiu, prasie drukowanej i Internecie. Wiem „z czym się to je”. Niedawno wymyśliłam też nowatorski projekt #AnnaPusleckaLIVE – robię relacje na żywo w social mediach. Ale nie sama, tak jak wszyscy, tylko z ekipą 4 osób, czyli mam „my own TV” (śmiech). Nikt wcześniej tego przede mną nie zrobił.

Jesteś również producentką i ekspertem rynku mody. Szukasz dodatkowo kolejnych wyzwań? 

Archiwum prywatne Anny Puśleckiej

Przyznam Ci się, że ta rola fashion market consultant bardzo mi odpowiada. Przez 20 lat pracy posiadłam tę wiedzę. To jest mój kapitał i „niechcący” mam nowy zawód! Nadal moją pasją jest także telewizja – złożyłam kilka miesięcy temu autorski projekt, który został zaakceptowany, teraz szukamy sponsorów. Po ostatniej imprezie Wild Secret Party, którą zorganizowałam dla branży mody i show-biznesu zgłosiły się do mnie dwie prestiżowe, zagraniczne marki, żeby im zorganizować event na podobnym poziomie. Zobaczymy co z tego wyniknie, rozważam różne scenariusze. Życie lubi zaskakiwać.

Co łączy Cię z LuisaViaRoma?

Jestem konsultantem ds. polskiego rynku tej marki i wielką admiratorką Włoch. Kocham Italię, jestem „mentalną Włoszką” i kontakt z tym krajem mam nieprzerwanie od prawie 20 lat. Wyjechałam do Włoch jeszcze na studiach, żeby się nauczyć języka i popracować trochę – i po prostu wsiąkłam totalnie w tę kulturę. A praca dla LuisaViaRoma jest pasjonująca! Zrealizowałam kilka ciekawych projektów dla tej marki. Do tej pory zaprosiłam do współpracy z LVR Joannę Krupę i Margaret – polskie gwiazdy światowego formatu. Z Joanną Krupą materiał był realizowany w Polsce, a z Margaret pojechaliśmy do Florencji. Koordynowałam i nadzorowałam cały projekt od początku do końca – od negocjacji warunków umowy pomiędzy gwiazdą, a LuisaViaRoma, po organizację całej podróży, wyjazd, produkcję video i sesji zdjęciowej, a następnie publikacji tego w polskiej prasie. Materiały z naszymi gwiazdami ukazały się również w części wydawniczej strony LUISAVIAROMA.COM, obok największych nazwisk na świecie, takich jak: Roisin Murphy, Petit Meller, Kelly Rowland czy David Beckham. Planuję kolejne projekty, z innymi polskimi gwiazdami, ale nie mogę jeszcze zdradzić z kim.

Nie zastanawiałaś się nad wprowadzeniem polskich marek do tego butiku?

Taki gigant sprzedający modę high fashion ma określone, bardzo restrykcyjne — żeby nie powiedzieć barbarzyńskie – warunki, których nasi projektanci często nie mogą przeskoczyć, czyli np. wstawienie kolekcji w komis. Wiąże się to z zablokowaniem gotówki. Wyprodukowanie nawet mini-kolekcji i zamrożenie jej na sezon w komisie, to jest duży wysiłek finansowy, na który – nie oszukujmy się – większości nie stać. Ale z niektórymi markami podjęłam rozmowy. Jeśli się uda – to będzie także mój sukces!

Dziś moda zmienia się tak szybko, że trudno za nią nadążyć…

Teraz zmienia się w gigantycznym tempie. Wszyscy na świecie zadają sobie pytanie, co ze zjawiskiem see now, buy now – czy sprzedać kolekcję od razu po pokazie, czy czekać kolejne pół roku od pokazu, żeby móc ją sprzedać. Na przykład LuisiaViaRoma ma taką możliwość buy it first. To jest sprawdzony chwyt biznesowy na zarabianie pieniędzy – bo widzisz sukienkę Gucci w Internecie, którą pokazano 5 minut temu na pokazie w Mediolanie, wchodzisz do sklepu online i możesz ją kupić – ale dostarczą ci ją za pół roku. W Polsce to się wszystko jeszcze układa. Nasz rynek jest młody, świeży, ale przede wszystkim u nas nie ma jeszcze takich pieniędzy! Nie ma jeszcze nawet „Vogue’a„. Polacy są majętni w niewielkim odsetku, ale nie ma tych marek jeszcze na tyle dużo, żeby reklamodawcy mogli zapłacić za obecność w gazecie. „Vogue”, czy każdy inny magazyn, nie jest działalnością charytatywną i to nie jest tylko „fajne pisemko”, ale też nośnik reklamowy. Żeby to „pisemko” mogło funkcjonować, być i pisać o ciekawych zjawiskach i ludziach, to muszą być reklamy.

Mamy się też czym chwalić. W ostatnich 5 latach wiele się na polskim podwórku zmieniło. Jednak Polacy mają to do siebie, że ciągle narzekają, ciągle podważają siebie samych, swój autorytet, swoje możliwości. Zastanawia mnie czasami – dlaczego? Dlaczego odbieramy sobie sami siłę?

Bo mamy kompleksy związane z tym, że pamiętamy jeszcze siermięgę komunizmu. Mówię o moim pokoleniu – ja jestem z pokolenia ’89, znamiennego, które właśnie w 1989 r. wchodziło w dorosłe życie. To był niesamowity czas! Był Okrągły Stół, potem – 4 czerwca – pierwsze wolne wybory. W tym czasie byłam w okresie maturalnym. Wyobraź sobie, jaki „kocioł” jest w głowie młodego człowieka, tyle ważnych rzeczy się dzieje – wchodzisz w dorosłość, zdajesz maturę, dostajesz się na studia, a w tym czasie zmienia się ustrój i są pierwsze wolne wybory! Tyle wrażeń naraz. I pamiętasz to wszystko, i z tego się rodzą kompleksy. Dopiero to pokolenie, które w tej chwili ma 15-20 lat, będzie „wyczyszczone” z kompleksów i uprzedzeń. Oczywiście pewne cechy narodu zawsze pozostaną – Amerykanie mają swoje cechy, Włosi czy Francuzi – swoje,  Polacy też. Już ci ludzie, którzy teraz wchodzą na rynek pracy nie mają kompleksów, czasem nawet aż za bardzo. Moi znajomi, którzy rekrutują młodych opowiadają mi anegdoty, że przychodzą ludzie 20-letni i pytają: a ile ja będę miał osób pod sobą, iloma osobami będę zarządzał? To też nie tędy droga.

Archiwum prywatne Anny Puśleckiej

Trochę nasz system edukacji wychowuje menedżerów, ale zapomniał o tym, żeby wychować przede wszystkim ciężko pracujących, kreatywnych ludzi. Ale Ty sama jesteś nauczycielką…

(śmiech) Wykładowcą, jeśli już. Nie mam studiów pedagogicznych, prowadzę ćwiczenia na Wyższej Szkole ViaModa w Warszawie. Nigdy bym nie nazwała siebie „nauczycielką”, trzeba mieć do młodych ludzi podejście, ja nie wiem czy je mam. Staram się jak najlepiej przekazać swoją wiedzę. Moi studenci z ViaModa często pytają mnie czy to normalne, że w Polsce nie ma fashion weeka, że rynek mody nie wygląda tak jak za granicą. Tłumaczę im, że my ten rynek dopiero tworzymy. Polska moda raczkuje, światowe marki mody mają po 50, 80, czy 100 lat, a w Polsce – zaledwie 20. Ale w modzie fascynujące jest to, że ewoluuje, że się zmienia. Tyle jeszcze mamy do zrobienia!

Znalazłaś się w bardzo ciekawym miejscu. Z jednej strony jesteś częścią pokolenia, które być może walczy z kompleksami, a z drugiej strony możesz obserwować tych młodszych, właśnie przez ViaModę. Jak oni postrzegają modę? Czy to jest jakikolwiek w ogóle przekaźnik komunikacji?

Ci młodzi ludzie są zaskakujący i pełni kontrastów. Czasem rozczarowują mnie tym, że studiują w szkole mody, a bardzo mało wiedzą o branży, nie pasjonują się modą. Przyszli do tej szkoły, aby się dopiero czegoś dowiedzieć o świecie fashion, bo według nich „moda jest modna”. Młodzi ludzie są zaabsorbowani Instagramem, czy innymi mediami społecznościowymi i moda jawi im się jako totalny blichtr. A ta chwila blichtru – pokazy mody, prezentacje czy sesje zdjęciowe — jest okupiona wcześniejszą, wielomiesięczną, ciężką pracą projektanta, asystenta, fotografa, PR Managera, marketingowca i całego sztabu ludzi. I niejednokrotnie ci ludzie przychodzą do szkoły i zderzają się z rzeczywistością. Dziwią się, że praca w branży mody to harówka, a im się wydawało, że to będzie takie fajne, lekkie i cool. Są też studenci, którzy mnie zaskakują pozytywnie. Kiedy zaczynasz ich lepiej poznawać, to dowiadujesz się, że mają inne pasje poza Instagramem, wygrywają konkursy „Gazety Wyborczej”, mają nietypowe zainteresowania, na przykład ich konikiem jest literatura rosyjska.

W końcu jesteśmy czymś więcej niż tylko okładką…

W każdej sytuacji trzeba próbować dokopać się do człowieka. Ja generalnie lubię ludzi, lubię gadać z nimi, interesować się tym, co ich interesuje. Biada tym, którzy nadszarpną moje zaufanie… Wybaczam, ale nie zapominam (śmiech). Tak też jest z moimi studentami. Mam teraz bardzo fajny II rok, są pracowici, pełni energii. Kiedy wystawiałam oceny semestralne próbowali ze mną negocjować wyższe noty, ale byłam nieustępliwa! Choć tego im właśnie zazdroszczę – takiej pewności siebie i „słodkiej bezczelności”.

Jak sama powiedziałaś na wstępie, już od wielu lat jesteś częścią branży. Nie masz czasem dość pokazów, ścianek, wydarzeń? Nie masz takich momentów, że czasami myślisz sobie: nie chce mi się iść, nie chce mi się pozować, to nie jest mój dzień? 

Przypominam, że nie mam 20 lat (śmiech) i dobrze mi z tym! Czasem mi się nie chce, ale jestem przyzwyczajona do pracy na pełnych obrotach. Z natury jestem leniwa, ale bardzo tego nie lubię u siebie, więc non stop narzucam sobie nowe wyzwania i zadania. Lubię, kiedy dużo się dzieje. Jeśli mam taki dzień, że pracuję od rana, a wieczorem mam jeszcze pokaz, to traktuję to jak wyjście do pracy. Projektanci skarżą się, że naczelne w Polsce rzadko chodzą na pokazy mody, co jest niestety prawdą. Na świecie redaktorki naczelne chodzą na pokazy mody, potem idą na backstage, oglądają ubrania, mają stały kontakt z projektantami.

Brak nam szacunku do ich pracy?

Raczej relacji biznesowych. A to między innymi dlatego, że za granicą projektanci i marki są reklamodawcami w magazynach, którymi kierują naczelne. W Polsce – jak wspomniałam na początku – wszystko jest, póki co, wywrócone do góry nogami. Widzisz, ponownie wracamy do początku naszej rozmowy – ktoś taki jak ja, kto nie jest na etacie, musi dużym wysiłkiem zawalczyć o projekt (często wykreować go), zrealizować, w miarę szybko (i dobrze!) skończyć i… wystawić fakturę – mówiąc brutalnie. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Archiwum prywatne Anny Puśleckiej

Branża mody, choć postrzegana przez opinię publiczną za frywolną i tylko pięknie wyglądającą, wymaga naprawdę bardzo twardych cech osobowości. Jak Ty wytrzymujesz to tempo?

Mam chwile zwątpienia, a właściwie zmęczenia. W tej branży potrzebna jest silna osobowość, natomiast każdy z nas na koniec dnia jest tylko człowiekiem. Wszyscy po części jesteśmy artystami, więc pewne rzeczy dotykają nas, martwią, trwożą. Walka o przetrwanie, wymyślenie tego wszystkiego tak, żeby się Excel spinał, wymaga naprawdę nie lada charakteru. Czasem Excel się nie spina z przyczyn od nas niezależnych, a to powoduje frustracje. Teraz w Polsce panuje plaga, taka dziwna „moda uników” – nieodbierania telefonów, nieodpisywania na mejle, smsy, zostawiania spraw w zawieszeniu. Denerwuje mnie to, nie akceptuję tego! Na co dzień mejluję z ludźmi z zagranicy, załatwiam różne sprawy i nie ma takich sytuacji. Oni wszyscy odpowiadają, a jeśli nie chcą z tobą robić interesów – mówią wprost „nie”. Takie trudne?

A my chcemy fashion weeka

Nie możemy przekładać formuły fashion weeka z zagranicy na nasz rynek 1:1, dlatego że nasi projektanci nie mają aż takiego zaplecza jak na Zachodzie, chociażby produkcyjnego, gdzie kupcy, czyli buyerzy, zamawiają po kilkadziesiąt/kilkaset sztuk danego modelu. W Polsce to nierealne.

Ale produkcja jest, tylko że my szyjemy dla innych. Burberry, Hugo Boss, Isabel Marant – my szyjemy. Więc jednak potencjał jest, tylko nie zakupowy.

Nie ma zbytu, sieci dystrybucji, to się wszystko kręci na swój sposób i produkty polskich projektantów są relatywnie drogie. Dlaczego? Dlatego właśnie, że nie produkują tych rzeczy w tysiącach sztuk tylko – przy dobrych wiatrach – w dziesiątkach. I żeby wyszli na swoje i mogli żyć – te ceny są wysokie.

Nie możemy jednak narzekać na brak kreatywności w tworzonych przez nas rzeczach. Ja sama, kiedy jadę do domu do Stanów, to noszę rzeczy polskich projektantów i one zawsze budzą ogromne zainteresowanie. Ten potencjał jest, więc tak ja powiedziałaś – to nie jest tak, że to się nie podoba, bo to się bardzo podoba. Podejrzewam, że ceny polskich projektantów są zdecydowanie lżejsze dla portfela zagranicznego niż dla naszego. 

Ubrania polskich projektantów są unikatowe i wzbudzają zainteresowanie. Nawet jeśli wykonanie często pozostawia wiele do życzenia. Ubranie od Chanel czy Valentino można kupić od Kalifornii po Tajpei. A od Zienia czy Baczyńskiej – nie. I ta egzotyczność jest interesująca.

Świat kreatywny ma to do siebie, że nie lubi kajdanek, wówczas najlepiej się tworzy i w rezultacie wychodzą najlepsze rzeczy. Ale też kosztem naszego życia osobistego albo czasem też braku bezpieczeństwa finansowego. Nie oszukujmy się, bardzo dużo ryzykujemy.

Dobrze, że poruszyłaś ten temat. Trzeba potrafić wyraźnie stawiać granicę. Ja mam swoje życie prywatne i nigdy o nim nie mówię publicznie. Na moim Facebooku nie znajdziesz zdjęć narzeczonych, mężów, kochanków, sióstr. Czasem wrzucam zdjęcia z moim bratem Mateuszem, ale z nim łączą mnie także relacje zawodowe, pomaga mi przy moich produkcjach. Prawdziwe oblicze Anny Puśleckiej zna może 5 osób plus rodzina.

Trudno jednak wyłączyć dzisiaj telefon.  

Wszystko poszło w kierunku social mediów, nasze życie jest w smartfonie. Pracuję nad sobą, staram się nie zaglądać za często do telefonu, kiedy jestem w domu. Kładę go daleko, w szufladzie i zajmuję się sobą lub otaczającymi mnie ludźmi. Zapraszam znajomych na kolację do siebie do domu i to jest wyselekcjonowane towarzystwo; towarzystwo ludzi, którzy są sobą zainteresowani. Byłam ostatnio na urodzinach u mojej przyjaciółki aktorki, na których był kwiat polskiego aktorstwa – ludzi nagradzanych w Polsce i na świecie za wybitne role filmowe i teatralne. Niezły zestaw dla paparazzi! Było nas chyba z 15 osób, siedzieliśmy przy stole od godziny 20.00 do  2.00 w nocy, rozmawialiśmy i nikt nie wyciągnął komórki. Nikt. Nie znajdziesz relacji z tego wydarzenia „na socialu”.

Czy jest przyjaźń w branży mody? Czy możesz tak szczerze powiedzieć, że rzeczywiście kontakty nie ograniczają się tylko i wyłącznie do ścianek i do zdjęć?

Nie szafujmy słowem przyjaźń. Fakt, że ktoś spotyka się poza ściankami i imprezami – wcale nie oznacza, że się przyjaźni. To, że nazywa cię przyjacielem też wcale nie oznacza, że nim w istocie jest. Pamiętaj, że samotność jest pewnego rodzaju luksusem – jeśli nie potrafisz przebywać sam ze sobą, paradoksalnie nie potrafisz także być z drugim człowiekiem.

A lojalność? Czy jest w naszej branży modowej coś takiego jak lojalność?

Mnie brak lojalności nie dotknął, ale wiem jedno – kiedy wychodzisz z domu, to nakładasz maskę i idziesz na wojnę. Nie ma przyjaźni w pracy. Jest szacunek i dyplomacja. Tylko tyle i aż tyle.

O czym marzysz dla siebie?

Marzę o tym, żeby po prostu pojechać na wakacje, żeby przyszła wiosna, żebym mogła zacząć pływać na Laserze, jednoosobowej łódce, najmniejszej klasie olimpijskiej. To jest moja pasja! Osoby, które śledzą mój Instagram wiedzą, że trenuję i ścigam się regatowo. To jest bardzo hardcorowy sport. Kiedy natomiast jadę na wakacje na Południe Europy (do Włoch czy Grecji) zawsze biorę 10 książek i jest wyłącznie leżenie, opalanie, pływanie, czytanie. I dobre jedzenie – to są dla mnie wakacje. Zwiedzać będę na emeryturze. Choć przyznam ci się w sekrecie, że mam uprawnienia pilota wycieczek zagranicznych (śmiech) – w ten sposób dorabiałam w czasie studiów.

A czego byś życzyła naszej branży? 

Niech branża mody się rozwija – wtedy wszyscy będziemy mieć pracę. Bądźmy wyczuleni na zmiany, wyciągajmy wnioski i działajmy.

Masz ogromną siłę przyciągania, jesteś bardzo lubiana przez branżę. Lubisz błyszczeć?

Miło mi to słyszeć! Wiem, że jestem “Re Sole” (Król Słońce), czyli egocentryczką, mam to od dziecka. Niech to będzie zakończenie tego wywiadu – lubię kiedy się kręci wokół mnie… (śmiech).

Rozmawiała Ula Wiszowata

PODZIEL SIĘ