Whisbear – marka kierowana do mam, która podbija świat. Wywiad z założycielkami

335

Marka Whisbear wzięła się z tego, z czego biorą się najlepsze pomysły na biznes: z potrzeby wynikającej z prozy dnia codziennego. Synek Zuzanny cierpiał na potworne korki, a nic go tak nie uspakajało jak szum suszarki. Razem z Julią dziewczyny postanowiły czerpać ze swojego doświadczenia, pomóc mamom na całym świecie i osłodzić im nieco trudy macierzyństwa przy pomocy szumiącego misia, który na pewno wygląda lepiej od suszarki, a do tego nie pożera tyle prądu i można zabrać go ze sobą wszędzie.  Dziś Szumiące Misie cieszą się wielką popularnością, marka wciąż się rozrasta, a z zabawki od Polek korzysta nawet księżna Kate. Bo Whisbear to marka dla każdej mamy.

Czasem na proste rozwiązania najtrudniej wpaść. Niby dźwięk suszarki, który uspokaja dzieci nie jest wielkim odkryciem, bo wiele mam o tym wcześniej wiedziało, jednak nikt wcześniej nie zrobił tego co Wy. Powiedzcie proszę skąd pomysł na Whisbear?

Zuzia Sielicka-Kalczyńska: Mój pierwszy synek miał straszne kolki i koleżanki doradziły mi, żebym skorzystała z suszarki, bo jej dźwięk działa uspokajająco w takich sytuacjach. I faktycznie tak było! Ponieważ jednak synek był dość niespokojnym dzieckiem, wymienialiśmy się z mężem dzieckiem i suszarką całymi nocami i frustracja oraz rachunki za prąd rosły. Natomiast metoda szumu była bardzo skuteczna. Na jednym ze spotkań rozmawiałam o niej z innymi mamami i znajoma podrzuciła mi pomysł, że może stworzyć taką zabawkę? Koncept wydał nam się świetny i jeszcze tego samego wieczora z mężem stworzyliśmy podstawy biznes planu, sprawdziliśmy, czy tego typu produkt jest dostępny na rynku. Okazało się, że mimo wielu tego typu zabawek np. w USA czy Europie, żadna z nich nie jest taką, którą chętnie kupiłabym swojemu dziecku. Ja ogromnie wierzyłam w to rozwiązanie – w bezpieczny szum, który pomaga niemowlętom i rodzicom – i chciałam się swoją wiedzą podzielić z innymi mamami.

Wracając dzisiaj do domu zauważyłam mamę, która spacerując z dzieckiem miała zawieszonego Szumiącego Misia przy wózku. Jak myślicie, co sprawiło, że Wasz produkt jest teraz tak popularny i to nie tylko w Polsce?

Julia Sielicka-Jastrzębska: Naprawdę? Widzisz, dla nas to ciagle niesamowite, uwielbiamy spotykać mamy z naszym misiem i ciagle nie możemy uwierzyć w to, że Whisbear stał się tak popularną zabawką, obowiązkowym gadżetem każdej mamy.

Może dlatego, że Wasza firma to nie chłodno kalkulowany biznes. Angażujecie się w akcje charytatywne, propagujecie wiedzę o świadomym macierzyństwie, przygotowałyście wzruszający projekt Nie’doskonałe. Jakimi wartościami kierujecie się tworząc Whisbear? Na czym Wam zależy?

Zuzia: To, co ma ogromne znaczenie według nas to faktycznie to, że Whisbear – jako biznes i zabawka, nie powstał po to, aby zarabiać miliony. Powstał, aby pomagać: mamom, rodzicom, niemowlętom. Staramy się na każdym kroku o tym mówić, być dla rodziców wsparciem. Dlatego też od początku współpracujemy ze szpitalami, bardzo dużo czasu poświęcamy na komunikację, stworzyłyśmy blog, gdzie staramy się w łatwy sposób dawać pomoc w najtrudniejszych rodzicielskich kwestiach. Z tej potrzeby też powstał projekt Nie’Doskonałe, który wspólnie z wokalistką i autorką tekstów Riyą Sokół stworzyłyśmy dla mam. Chcemy poprzez cykl warsztatów i płytę o tym samym tytule dać im wsparcie, aby przestały oczekiwać od siebie niemożliwego. Są cudowne takie, jakie są – właśnie doskonale niedoskonałe. Odpowiadając na Twoje pytanie: to, co dajemy naszym klientom to więcej niż miś, to cała filozofia, wsparcie, dobra energia od innych matek i one to czują.

Julia: Tak, ta nasza misja to podstawa naszego działania i z tym łączy się też nasze podejście do tworzenia produktów: ich funkcjonalność (np. możliwość zaczepienia na wózku), ich wysoka jakość i dizajn. To wszystko jest wyjątkowe, niebanalne i klienci to doceniają.

Czy przeszła Wam przez głowę myśl, że ten pomysł może się nie sprawdzić? Naprawdę dużo ryzykowałyście zakładając firmę. Podobno wzięłyście kredyt, zastawiłyście mieszkanie…

Zuzia: Nigdy mi to nie przeszło przez myśl. Naprawdę!

Julia: Ja się bałam – martwiłam się o ten kredyt, który Zuzia zaciągnęła.

Zuzia: A ja nigdy nie miałam takiej myśli, że to nie wyjdzie. Nawet wtedy, gdy inni w to wątpili, na przykład banki, które nie chciały dać kredytu (śmiech). Kredyt też nie był ogromny, czułam się z nim bezpiecznie, myślałam: najwyżej do końca życia będę go spłacać, ale jak nie spróbujemy, nigdy sobie nie daruję.

To podejście godne podziwu. A jak długo trwały przygotowania do tego, by otworzyć markę? Musiałyście opracować odpowiedni szum, przygotować szczegółowy biznesplan, podobno nawet konsultowałyście się z psychologami. Co jest ważne na typ etapie wprowadzania pomysłu z życie?

Julia: Intensywne prace trwały dwa lata, ale trzeba pamiętać, że pracowałyśmy wtedy na etatach i prace nad projektem trwały głównie po nocach i w tak zwanym „międzyczasie”. Ważna jest w takiej sytuacji dyscyplina – co do spotkań, realizowania wyznaczonych działań, bo przy dzieciach, pracy na etat, można łatwo to zagubić.

Zuzia: Ważny jest też dobór odpowiednich ludzi – trochę szaleńców, trochę rzemieślników. Najlepiej i tych, i tych. My miałyśmy to szczęście, że znalazłyśmy na drodze wiele osób, które chciały nam pomóc, doradzić, z którymi mogłyśmy konsultować pomysły. Ogromnym wsparciem byli nasi mężowie, pierwsi krytycy, a jednocześnie pierwsi doceniający nasze wysiłki. Nigdy nie bałyśmy się działać i popełniać błędów – to wpisałyśmy na stałe w funkcjonowanie firmy.

A co sprawiło Wam największą trudność?

Zuzia: Myślę, że uwierzenie w to, że nawet jeśli wchodzimy w nieznane rejony (hardware, software, produkcja) to są to tematy, których też możemy się nauczyć. To jest myślę coś, co z reguły wstrzymuje kobiety przed działaniem: strach, że się nie znają. My wyszłyśmy z założenia, że lepiej mowić: hej, nie znam się na tym, ale chcę zrobić to i to, pomożesz mi? Lepsze to, niż nierobienie niczego.

Podobno księżniczka Charlotte otrzymała od Was szczególny prezent. Czy możecie o tym opowiedzieć?

Julia: To było właśnie jedno z takich spontanicznych działań mam dla innej mamy. Gdy dowiedziałyśmy się o jej narodzeniu od razu pomyślałyśmy, że musimy księżnej Kate wysłać specjalnego, dedykowanego księżniczce misia – bo przecież ma starsze dziecko, bo będzie jej ciężko… Kompletnie nie pomyślałyśmy wówczas o tabunie niań, które są pewnie w pałacu. Wyobrażałyśmy sobie umęczoną kolkami księżną Kate i wiedziałyśmy, że musimy jej pomóc. Wraz z misiem, który miał na specjalnie przygotowanym woreczku wyhaftowaną koronę brytyjską, wysłałyśmy list od mam dla mamy. Piękne zdjęcia misia i listu umieściłyśmy na naszym Facebooku i wysłałyśmy do zaprzyjaźnionych mediów będąc pewne, że każdy producent na świecie wpadnie na ten sam pomysł. Okazało się, że był on jednak dość oryginalny, spotkał się z wielką sympatią mediów. Tak wielką, że napisał o tym nawet „Daily Mail”!

Zostałyście zaproszone na międzynarodową konferencję dla przedsiębiorców organizowaną przez Departament Stanu USA. Czy możecie opowiedzieć o tym coś więcej? Jakie macie wrażenia po tego typu imprezie i czy to dla Waszej marki duże wyzwanie?

Zuzia: Zaproszenie było efektem szumu na temat Whisbear po wysłaniu misia do księżniczki Charlotte. Wówczas Ambasada USA zaproponowała nam, abyśmy reprezentowały Polskę na konferencji organizowanej przez prezydenta USA. Zostałyśmy wybrane przez Departament Stanu USA, co było dla nas ogromnym wyróżnieniem. Wyjazd do Nairobi i po raz pierwszy spotkanie się z inwestorami z USA i ze świata był kamieniem milowym w naszym rozwoju. To wtedy tak naprawdę uwierzyłyśmy w to, że mamy potencjał międzynarodowy i możemy spokojnie myśleć globalnie. Wcześniej, to były nasze marzenia, ale wtedy pozbyłyśmy się kompleksów, uwierzyłyśmy w siebie i swój potencjał, widziałyśmy, jakie wrażenie robi na wszystkich to, co robimy.

Widać, że wyciągnęłyście wnioski z tego spotkania, bo Wasze produkty są teraz dostępne w 16 krajach na czterech kontynentach. Jak rozwijałyście swój biznes na rynkach międzynarodowych? Czy zauważyłyście jakieś różnice między polskim rynkiem a tymi zagranicznymi?

Julia: Cały czas rozwijamy nasz biznes za granicą, szczególnie ważny jest dla nas fakt wejścia na rynek USA.

Zuzia: To długi proces, bo w niektórych krajach, takich jak na przykład Francja czy Skandynawia, sama idea białego szumu nie jest znana. Tam musimy zaczynać od edukacji i informacji, dlaczego Whisbear szumi, jak on może pomóc mamie i niemowlęciu.

Julia: Z ogromną satysfakcją widzimy zachwyty Whisbearem na całym świecie i wierzymy, że niedługo nasze misie będą szumiały, jeśli nie w każdym, to w prawie każdym domu.

Młode mamy potrafią być wymagającym klientem. Czy podsuwają Wam jakieś pomysły?

Zuzia: Tak. Właściwie wszystkie pomysły, które wdrażamy są efektem naszych rozmów z naszymi klientkami, które potrafią być, tak jak mówisz, wymagające, ale też bardzo szczere, co ogromnie doceniamy.

Julia: Słuchamy ich, słyszymy o tym, jakie mają potrzeby i potem zastanawiamy się, co możemy zrobić, aby na nie odpowiedzieć.

Oprócz tego, że prowadzicie firmę to same jesteście mamami. Jak to jest łączyć rodzicielstwo z tak pochłaniającą pracą?

Julia: To ciężkie… Bardzo ciężkie. Obarczone ciągłymi wyrzutami sumienia, że gdzieś się nie sprawdza…

Zuzia: Ale chyba uczymy się z tym żyć. Z tym, że jest tak, że nigdy nie osiągniemy 100% skuteczności na każdym polu, czasem gdzieś trzeba odpuścić.

Julia: To ogromnie jednak ważne, żeby powiedzieć innym mamom, że to się da połączyć. Trzeba mocno chcieć, trochę poświęcić, na przykład wolnego czasu, i to się może udać. I daje bardzo dużo satysfakcji.

Rozmawiała Tatiana Zawrzykraj