WYWIAD Sylwia Nowak: „Nie tylko wyglądam, ale mam też coś do powiedzenia i zaproponowania”

560

Sylwia Nowak na polskiej scenie show-biznesu pojawiła się nagle, a jeszcze szybciej nauczyła się po nim poruszać. Ma wiele do zaproponowania i konsekwentnie to udowadnia – interesuje ją i aktorstwo, i śpiewanie, a sama o sobie mówi „dziewczyna Internetu”. W rozmowie z Fashion Biznes opowiada o swojej karierze, planach i trudnościach związanych z tym biznesem. 

Opowiesz nam o początkach Twojej kariery?

Zagrałam w serialu Miłość na bogato – od tego się zaczęło, chociaż tego wcale nie zakładałam i nie spodziewałam się, że tak się stanie. Wcześniej zawodowo robiłam zupełnie inne rzeczy – byłam w kilku firmach, pracowałam na różnych stanowiskach, typowo korporacyjnie. Zwolniłam się, potem działałam jako freelancer – jako fotomodelka brałam udział w reklamach itd. I nagle dostałam zaproszenie na casting do Miłości na bogato. Na pierwszy nie poszłam, bo trochę obawiałam się tego formatu, ale przekonano mnie, że to będzie super serial w stylu The Hills, dlatego się zgodziłam. Od razu otrzymałam pierwszoplanową rolę. Tylko, że wtedy jeszcze nikt nie zakładał, że serial zostanie tak negatywnie odebrany. Wszyscy byli zaskoczeni, zwłaszcza tym, że media się nami zainteresowały – tego też nie mieliśmy w planach! Nie szłam do serialu, bo chciałam zostać gwiazdą… A potem jak dziecko we mgle nagle znalazłam się w show-biznesie.

Czy aktorstwo było częścią Twojego planu na życie, czy tak po prostu wyszło?

Już od małego dziecka miałam, tzw. „zacięcie” artystyczne. Śpiewałam sobie jako mały brzdąc, mama woziła mnie na konkursy piosenek. Słowem, było mnie pełno, ciągnęło mnie na scenę i myślę, że mam to w genach. Natomiast później, gdy miałam już 18 lat i miałam zdecydować, jaką drogę chcę obrać to wybrałam coś zupełnie innego, filologię angielską, później marketing. Chciałam pracować jak wszyscy, ale myślę, że te artystyczne zamiłowanie nadal we mnie siedziało. Dlatego gdy znalazłam się w show-biznesie, pomyślałam, że może tak miało być. Pomimo tego, że zaczęło się to od „dupy strony”, to może mam pokazać swoimi działaniami co mam tak naprawdę do zaoferowania ludziom. Nieustannie ulepszam swoje umiejętności.

Podjęłam naukę najpierw u Romy Gąsiorowskiej w szkole aktorskiej, później zaczęłam też śpiewać. Teraz aktorstwo odłożyłam na bok, bo nie mam czasu chodzić na castingi. Założyłam sobie, że muzyka ma być na pierwszym miejscu, dlatego chodzę na zajęcia z wokalu, z fortepianu, nagrywam swój materiał, eksperymentuję z muzyką… Dodatkowo sporo działam w social mediach. Więc aktorstwo odłożyłam na półkę, ale nie mówię, że na zawsze. Jak pojawi się jakiś casting lub feedback z castingów, na których już byłam to chętnie to rozważę.

Postanowiłaś zaangażować profesjonalistów do nauki. Uważasz, że to jest ważne?

Dla mnie jest to bardzo ważne, ale chyba dlatego, że zostałam tak wychowana. Moi rodzice byli nauczycielami i zawsze mi powtarzali, że jeśli mam coś robić – to mam to robić dobrze, uczyć się od najlepszych. Gdy chciałam spróbować aktorstwa bardziej profesjonalnie, mogłam oczywiście iść do szkoły teatralnej, ale miałam już 26 lat i było na to trochę za późno. Zresztą w szkole aktorskiej jest tak, że przez rok lub dwa nie można pracować w reklamach, a to było moje główne źródło dochodu! Dlatego podjęłam decyzję uczenia się od Romy w prywatnej szkole, za to bardzo mocno skoncentrowanej na aktorstwie filmowym, z dużą dawką praktyki.

A śpiewu uczę się u Eli Zapendowskiej. To było wyzwanie, bo nie byłam zbyt pewna siebie, jeśli chodzi o śpiewanie (zresztą nadal z tym walczę), bo to jest ogromny stres tak się otwierać przed publiką. Stwierdziłam, że jeśli ma mnie ktokolwiek poprowadzić i powiedzieć „tak” lub „nie”, to niech to zrobi nasza polska wyrocznia. Teraz chodzę też na zajęcia do innych osób, np. do nauczyciela śpiewu Kayah, kombinuję i staram się szukać różnych technik, by jak najszybciej się rozwijać.

Musiałaś coś udowodnić przed tymi osobami. Są to najlepsi nauczyciele w Polsce, czy patrzyli na Ciebie jakoś inaczej?

Ja bardzo bałam się tego castingu u Pani Eli, obawiałam się, że spojrzy na mnie i włoży mnie do jakiejś szufladki. Wyszło zupełnie inaczej, to jest tak otwarta osoba, tak ciepła na co dzień, jednak jako muzyk, niezwykle wymagająca. Casting polegał na przygotowaniu i wykonaniu całej piosenki wybranej przeze mnie – ja zaśpiewałam zwrotkę i refren. Po tym przerwała mi i powiedziała: „Dobra, ja już wszystko wiem. Co prawda po szkole muzycznej nie powinnaś zafałszować dwa razy, ale masz talent, masz potencjał i masz gębę taką, że chce się na Ciebie patrzeć i się Ciebie zapamiętuje”. To było mega miłe i bardzo budujące, ale teraz muszę wykonać bardzo dużo ciężkiej pracy. Z muzyką jest podobnie jak ze sportem – trzeba wykonać trening, żeby były efekty.

A jak zaczęła się Twoja przygoda z social mediami?

Już wcześniej prowadziłam swoje profile na Instagramie czy Facebooku, ale zdecydowanie miało to charakter prywatny. Potem rozmawiałam z kolega, który dziś ma jedną z większych agencji social mediowych, który poradził mi prowadzić to bardziej pod ludzi. Tak zaczęłam rozkręcać najpierw Instagrama, później też Facebooka, bloga, YT… Zrobiłam to z planem na siebie – chciałam pokazywać swoją codzienność – i do dziś to robię.

Dzieje się – i sport, i muzyka, i film. Ale największa miłość to…?

Muzyka. Ja miałam 4 lata i mówiłam, że będę piosenkarką. Jest coś takiego w nas, że jak jesteśmy dziećmi, to lepiej wiemy kim chcemy być i po co się urodziliśmy – jaka jest nasza droga. Bo jak jesteśmy dorośli to wybieramy sobie wygodne, ale też mniej ryzykowne drogi.

Mówisz o sobie też „dziewczyna Internetu” – co to według Ciebie oznacza?

Pokazuję swoją codzienność i nie zaprzeczam, jest to też moje źródło dochodu. Ale przede wszystkim social media pomogły mi pokazać moją prawdziwą twarz, czego media tradycyjne nie robiły. Wyszłam z szufladki dziewczyny, która zaistniała dzięki serialowi.

Ale dziewczyna Interentu, to też chyba bycie influencerem. Czy czujesz, że jesteś influencerką?

Tak, lifestylową. Ludzie lubią generalizować, że albo fitness, albo muzyka, albo coś innego. A to tak nie działa, nawet marki i produkty, które wybieram to te, których sama używam i z którymi się utożsamiam. Czy to napój, czy to podkład, trening czy strój – moje działania są tak szerokie, że muszą być nazwane ogólnym lifestylem.

Ostatnio czytałam artykuł o młodych ludziach, którzy żyją w sieci. 11-latki budzą się o 6 rano, żeby zrobić makijaż i od razu zdjęcie na Instagrama. Robią śniadanie tak, żeby je sfotografować, ale nie mają czasu go zjeść. Te osoby obserwują celebrytów i marzą o sławie, bo sława to pieniądze, pieniądze to władza… Jak się w tym nie pogubić? Gdzie wyznaczyć sobie granicę, żeby nie wpaść w sidła pokazywania wszystkiego?

Ja chyba jestem wychowana w innym pokoleniu i zaszczepiona innymi wartościami niż młodzież, która ma teraz naście lat. Nawet patrzę na swoją siostrzenicę i ma wiele takich koleżanek, które rzeczywiście strasznie się skupiają na swoim wyglądzie. Czasem wyglądają bardziej seksownie niż ja, dojrzała kobieta. Te małolaty już wiedzą jak pokazać brzuch, kawałek uda, piersi. A wszystko, żeby dobrze się klikało. I to jest przerażające.

A ty kiedy decydujesz co warto pokazać, a co już nie?

Staram się z dwóch stron spojrzeć na zdjęcie, które mam opublikować. Ostatnio chciałam pochwalić się sylwetką, która bardzo się zmieniła w ciągu 5 lat, w stroju kąpielowym. I stanęłam przed lustrem, tylko w tym stroju i wiedziałam, że to zbyt wyzywające, więc założyłam spodnie. Nadal było widać brzuch, kawałek biustu i zdjęcie klikało się rewelacyjnie. Niestety – seks się klika najbardziej.

Zwracasz uwagę na to, co się klika?

Zwracam uwagę. Pomimo tego, że mam jakieś „możliwości sylwetkowe”, że codziennie mogę wstawiać piersi i tyłek, co robi wiele influencerek, to założyłam sobie, że nie chcę tego robić. Nie tym chcę skupić uwagę ludzi. Ale niestety zauważyłam, że jeśli w ogóle nie ma takich zdjęć, to nie ma zainteresowania profilem. Bez tego nie da się urosnąć. Rozmawiałam z moją koleżanką, panią prezes dużej marki, która ma internetowy sklep obuwniczy – największy w Polsce, i ona mówi: „ Sylwia, przykro mi, bez pokazywania ciała, korzystania ze swoich możliwości nie będziesz miała dużej liczby followersów”. Co ciekawe, baner tego sklepu obuwniczego, który klika się najbardziej to ten, na którym jest widoczny kawałek pupy.

 

Zatem – uroda ci pomaga czy przeszkadza?

Szczerze – może pomagać w wielu kwestiach, w tej drodze, którą dziś obieram mi pomaga. Ale jest też wiele sytuacji, w których przeszkadza, bo muszę więcej udowodnić ludziom. Ja nie tylko wyglądam, ale mam też coś do powiedzenia i zaproponowania. W pracy korporacyjnej było mi na maxa ciężko, ale do kariery na scenie – pomaga, miło się patrzy na kogoś ładnego czy charakterystycznego.

Kim są Twoi odbiorcy?

To są osoby od 18 do 35 roku życia, w 62 procentach są to kobiety, największe miasta w Polsce.

Czujesz odpowiedzialność jako influencer, za to co publikujesz?

Troszkę tak. Wracamy do wcześniejszego pytania: jak mam pokazać zdjęcie w kostiumie kąpielowym to zastanawiam się jak je pokazać. W tym czasie od eksponowania ciała mogłyby puchnąć social media, ale ja nie chcę tym zarażać. Mój profil właśnie tym się różni – że mogłabym być jak masa innych dziewczyn, ale tego nie robię i pokazuję coś jeszcze. Taka jest moja strategia – jeśli ja chcę być związana z muzyką, bo czuję w niej misję, to wiem, że muszę działać inaczej. Pan Tadeusz, mój nauczyciel od śpiewu, który ma prawie 70 lat, jak opowiada o muzyce, o tym, jak dawniej budowało się karierę muzyczną – to była to misja. Muzyka miała wzbudzić emocje, skłonić do myślenia, wzruszyć ich. Dziś niestety dużo osób jest tylko produktem. Tym bardziej więc zrozumiałam, że we wszystkich moich działaniach, chcę mieć strategię. To ma być przemyślane, a nie tylko klikalne.

Mówiąc o Twoim stylu życia – on się zmienił przez sport?

Zaczęło się, gdy byłam po ostatnim dniu pracy w korporacji, po bardzo niefajnej rozmowie z byłym szefem. Wtedy stwierdziłam, że nie chcę już dla nikogo pracować w taki sposób, że chcę działać w 100 proc. sama. Po tej rozmowie zaczęłam biegać. To był mój czas medytacji, chwili dla siebie. Bieganie pomogło mi przetrawić wszystkie złe rzeczy, które działy się dookoła. Wpłynęło to pozytywnie i na moje ciało, i na mój umysł – wzmocniło mnie, zdystansowało od rzeczy, które dzieją się dookoła.

Porozmawiajmy o Twoim życiu prywatnym. Czy łatwo jest ułożyć sobie życie osobiste, będąc piękną, popularną, zadbaną kobietą mającą konkretne plany na przyszłość?

Nie jest łatwo! Faceci boją się takich kobiet: silnych, zdecydowanych. A jeszcze takie, które wzbudzają zainteresowanie… Dlatego to musi być osoba, która sama jest bez kompleksów i która akceptuje samego siebie. Musi zrozumieć też, że mój styl życia jest taki, a nie inny. Co mogę powiedzieć… Jest ciężko, ale jest nadzieja!

Nadzieja jest zawsze!

Ale z panami dzisiaj różnie bywa, wszystkie wiemy jak jest.

fot. Karolina Wilczyńska

Czasem spotykam się z moimi koleżankami, 30-latkami, które mają ogromny problem ze znalezieniem fajnego faceta – szczególnie w Warszawie. Nie wiem czy to miasto jest coraz bardziej trudne czy my dążymy do tej perfekcji?

Każdy jest wolny i może robić co chce, ale my mamy specyficzne podejście do związków. Powiedzmy sobie również szczerze, że jest wiele kobiet w tym mieście, które są łatwe. Mówiąc wprost, to kobiety sfokusowane na pieniądze. Swoim zachowaniem pokazują facetom, że można je tak traktować i że wszystkie jesteśmy podobne. Większość takich kobiet właśnie tym strzela nam wszystkim w kolano i psuje rynek. Działa to też na odwrót.

Wszędzie są problemy mniejsze lub większe. Pochodzę z miejscowości oddalonej od Warszawy o 200 km i tam też ludzie mają swoje problemy. A czy my dążymy do perfekcji? Ja już wyszłam z założenia, że nie ma związków idealnych. Nawet moi rodzice, którzy są ze sobą prawie 50 lat i którzy przeżyli w życiu straszne tragedie: stracili dwójkę dzieci w przeciągu miesiąca, stanowią mocniejszy związek. W przypadku wielu dzisiejszych związków byłoby to nie do pomyślenia. To już nie chodzi o dążenie do perfekcji, my nie potrafimy dbać o relacje, idziemy na łatwiznę. Jak coś się nie układa – to ok, nara, koleżanka jest dzisiaj ciekawsza, nie stwarza problemów. Tylko że to jest błędne koło. Byłam w dosłownie kilku dłuższych związkach i dziś wiem, że prędzej czy później, z każdą osobą w czymś nie będziemy się zgadzać. Różnimy się charakterami, zmienia się czas i otocznie – ale to od nas zależy czy będziemy o to dbać, czy sobie odpuścimy.

>>>Czytaj również: „Jestem za mała, żeby naprawić świat i za duża, żeby mówić to, co inni chcą usłyszeć.” WYWIAD z Dorotą Wróblewską

 

Jakie są Twoje priorytety, jeśli chodzi o życie osobiste?

Bardzo bym chciała stworzyć rodzinę, szczęśliwą i wzorowaną na moich rodzicach. Już mam dużą potrzebę posiadania dziecka, ale z racji, że chcę zawodowo wzmocnić swoją pozycję, to na pewno się na nie nie zdecyduję w ciągu najbliższych 2 lat. Ale po tym czasie będę już o tym bardzo intensywnie myśleć. Mam nadzieję, że uda mi się mimo tego chaosu, który wokół się dzieje, tworzyć związek, który będzie mocny, trwały. Bo chodzi o zrozumienie, empatię i partnerstwo, o patrzenie w jednym kierunku.

A zawodowo co ci się marzy? Czekamy na koncert?

Bardzo, dlatego tak intensywnie się szkolę wokalnie, żeby jak już wyjdę na scenę, to żeby nie powiedzieli „O Boże, jak fałszuje!” Teraz pracuję nad materiałem, myślę, że po wakacjach wyjdzie mój nowy singiel, a do końca roku powstanie jakiś mini album. Wtedy możemy rozmawiać o koncertach. Marzy mi się żeby muzyka była moim głównym zawodem i źródłem dochodu. Wtedy mogłabym odpuścić inne intensywne działania w social mediach. Dziś to ja bardziej inwestuję w muzykę: i czas, i pieniądze.

To ostatnie pytanie – jakie masz plany na wakacje?

Początek lipca lecę gdzieś z siostrą na wakacje, czyhamy na dobry last minute. Myślę, że będzie to Zakhyntos.

Rozmawiała Ula Wiszowata i Kaśka Michalak