OPINIE Targi mody: niedoceniona inicjatywa czy przereklamowane „place to be”?

1031
mat. prasowe HUSH

Weekendy przed Bożym Narodzeniem nadzwyczaj bogato obfitują w targi mody niezależnej. Warszawa, Kraków, Katowice, Poznań, każde z miast może pochwalić się takimi inicjatywami. W miniony weekend miałam okazję odwiedzić Slow Weekend w Soho Factory oraz HUSH Warsaw na PGE Narodowym, porozmawiać z organizatorami, wystawcami, ale przede wszystkim być klientką. Jak się okazuje, ostatnia rola przerosła nawet limit mojej karty debetowej.

Obie imprezy są świetnie zorganizowane, odpowiednio wypromowane i niezwykle popularne, zarówno wśród odwiedzających, jak i samych wystawców. Paskudna, deszczowa pogoda nie zniechęciła gości. Każdy zaczepiony przeze mnie projektant z trudnością znajdywał minutę na szybką rozmowę, bo co chwilę pojawiał się nowy klient. A na samym HUSH-u było ich co najmniej 8 tysięcy.

Goście HUSH Warsaw tym razem mieli okazję zobaczyć aż 130 brandów. Prawie połowa marek, które mogliśmy zobaczyć w miniony weekend na targach to nowości, ponieważ rynek zmienia się bardzo dynamicznie, nie sposób było tego nie odzwierciedlić na naszym wydarzeniu. Poza tym klienci cały czas tego oczekują i stąd pomysł na strefę z kosmetykami, która przyciągnęła sporo nowych gości – mówi Anna Pięta z HUSH Warsaw.

To był też czas Slow Weekendu. Na teren Soho Factory nie było możliwości wjazdu, miejsca parkingowe wokół terenu Soho były niczym luksus zaparkowania na 5. Alei w Nowym Jorku w ciągu tygodnia. W końcu udało się, cud w biały dzień. Wnętrza Soho Factory pękały w szwach, a ruch slow nabrał dosłownego znaczenia. Intencje organizatorów urzeczywistniły się. Postanowiłam zapytać napotkanego Dominika Damaziaka, pomysłodawcę wydarzenia,  o jego wrażenia z tej edycji Slow Fashion, który nie ukrywał zadowolenia z frekwencji. Zawsze będą tacy, którzy wyjdą z targów zadowoleni i tacy, którzy będą narzekać. Mowa o projektantach rzecz jasna, którzy nadal nie sprzedają tyle, ile by chcieli. Nasi projektanci na zmęczenie nie mają czasu, na obiad też nie, ale na małe narzekanie a i owszem. Taka cecha narodowa chce się rzec, ale tu nie o to chodzi. Nawet przy najlepszych lotach, imprezie, projektach trudno o szaleństwo zakupów.

Kurczę, ale dlaczego tak drogo?

Tłumy odwiedzających, duża sprzedaż, a nadal nie daje zadowalającego efektu. Zastanawia mnie zatem gdzie tkwki problem. Targi mody niezależnej to było również moje święto jako klientki. Nie jest tajemnicą, że mocno wspieram polskie marki i na łamach Fashion Biznes kilkukrotnie w ciągu tygodnia publikuję materiały o najnowszych kolekcjach. W tym roku postanowiłam obdarować rodzinę prezentami świątecznymi właśnie markami made in Poland: buty, naturalne kosmetyki, nawet ciuszki dla mojego jeszcze nienarodzonego chrześniaka. Większość produktów budziło mój zachwyt…  Do momentu kiedy nawet moja karta debetowa odmówiła posłuszeństwa. To był moment prawdy, z którym zapewne styka się prawie każdy po drugiej stronie lady. Moda autorska, zwyczajnie nadzwyczajna jest kilkukrotnie droższa od tej dostępnej w dyskontach. I tak, wszystko rozumiem: szyjemy w Polsce, z często polskich materiałów, w niewielkich nakładach, z większą dbałością o środowisko, itd. Jednak, spójrzmy prawdzie w oczy, biorąc pod uwagę zasobność portfela klasy średniej może on sobie zapewnić co najwyżej kilka takich rzeczy w roku.

Polska vs. USA

Od zawsze kiedy odwiedzałam Polskę w okresie wakacyjnym wracałam do Nowego Jorku z walizką pełną polskich rzeczy. Mając dolary w portfelu mogłam sobie pozwolić na takie szaleństwo raz do roku. Teraz jednak, kiedy mieszkam w Warszawie i zarabiam w złotówkach wartość i pieniądza, i owych rzeczy nabrała zupełnie innego znaczenia. Zdałam sobie sprawę, że ubrania w USA kosztują  znacznie mniej w przeliczeniu na zarobki. Nie bez powodu statystyczny Amerykanin wyrzuca 30 kg tekstyliów każdego roku, a kupuje jeszcze więcej.

Teraz rozumiem bolączkę projektantów lepiej niż kiedykolwiek. Nawet najlepsze chęci zakupów i wiara w to, co polskie ograniczają możliwości finansowe. Z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że projektant zasługuje na ciężko zapracowane pieniądze, ale Kowalski powinien mieć większe możliwości ich zarobienia. I jak to pogodzić?

Autor: Urszula Wiszowata