MUUV. to nasz bunt przeciwko stereotypowi, że na trening można zakładać „cokolwiek”. Wywiad z Maliną Kurkowską i Kają Lizut

1746
MUUV wywiad rozmowa
Fot. Sonia Szóstak

Malina Kurkowska oraz Kaja Lizut postanowiły, że stworzą nie tylko wygodne ubrania sportowe, ale wniosą także na sale treningowe projekty, których nie chce się upchać na dnie torby od razu po wyjściu z siłowni. Postanowiły zerwać z tradycją pstrokatych ubrań sportowych oraz pokazać Polkom, że podczas wysiłku fizycznego można czuć się elegancko. Dzisiaj setki dziewczyn poprawia swoje wyniki w odzieży od MUUV., a założycielki nie zwalniają tempa.

Wasza marka wzięła się z potrzeby stworzenia oryginalnych ubrań do ćwiczeń: wygodnych i niejaskrawych. Cofnijmy się do momentu, w którym wszystko się zaczęło. Spotykacie się na siłowni i… co wtedy macie na sobie?

Malina Kurkowska: Co tu dużo mówić, spotkanie na siłowni byłoby po prostu technicznie niemożliwe. Kiedy poznałam Kaję, stała ona w totalnej opozycji do teorii, którą wówczas wyznawałam, a mianowicie, że nie ma ludzi, którzy nie lubią sportu, że są tylko tacy, którzy nie znaleźli po prostu „swojej” dyscypliny. Co więcej Kaja była przekonana, że jest totalnym antysportem i nic jej nie przekona do tego, by zamieniła wino i chipsy na salę treningową. Jak bardzo się myliła, wiemy dopiero teraz, po upływie czasu. Zabrałam ją na pierwszy trening pole dance, potem był drugi i trzeci.

Kaja Lizut: Nawet nie zauważyłyśmy, jak zaczęłyśmy chodzić na siłownię codziennie. Jeśli chodzi o ubrania sportowe, które nosiłyśmy zanim zaczęłyśmy same projektować, to były to staniki, koszulki i legginsy dużych brandów. W kwestii kolorów nie było zbyt dużego zróżnicowania, wszystkie modele miały podobny zabudowany krój. Biustonosze, na przykład, trzeba było bardzo często wymieniać, bo po kilku praniach gumy pod biustem się rozciągały i nie spełniały już tak dobrze swojej funkcji.

Malina Kurkowska: Ja jeszcze, z racji dużego biustu, bardzo często nosiłam dwa staniki sportowe, jeden pod drugim, by móc czuć komfort podczas intensywnego wysiłku.

Fot. Sonia Szóstak

A co obecnie trenujecie i co jest dla Was najważniejsze (oprócz wygody) podczas ćwiczeń, jeśli chodzi o ubrania?

Kaja: Jestem oddana pole dance. To był pierwszy sport, który tak bardzo mnie wciągnął i do tej pory nieustająco mnie pochłania. Doba ma tylko 24 h i mimo naszych starań nie chce się wydłużyć. Muszę w niej zmieścić czas na moją regularną pracę, MUUV., trening i chociaż trochę snu. Dla mnie, poza wygodą podczas ćwiczeń, ważne jest to, jak wyglądam. Nie jestem typem osoby, która chodzi na trening w starych, wyciągniętych koszulkach i przypadkowym staniku. Obie lubimy prostotę, minimalizm i mamy słabość do czarnego koloru, co widać po naszych projektach. Idąc dalej, MUUV. to nasz metaforyczny bunt przeciwko stereotypowi, że na trening można zakładać „cokolwiek”, bo i tak się zniszczy. Występujemy przeciwko monotonii i braku klasy w przypadku mody sportowej. I tak właśnie, w dużym skrócie, z miłości do sportu i potrzeby wyglądania, powstała nasza marka.

Malina: Ubrania, poza odpowiednią estetyką, o której mówi Kaja, muszą być w pełni funkcjonalne. W naszych projektach oprócz pasków, które służą w większości przypadków jako dodatek estetyczny, czy ładnej kolorystyki, musimy zadbać o to, żeby nic nie przesuwało się podczas treningu, żeby nasze modele zapewniały odpowiednie trzymanie przy bardziej wysiłkowych sportach. Jakość i komfort są dla nas sprawą numer jeden. Mało która szwalnia w Polsce chce się podjąć takiego zadania – zdecydowanie wolą podejmować zlecenia proste, czyli t-shirty, które nie wymagają takiej precyzji podczas krojenia i szycia. Ja, oprócz pole dance, lubię także inne dyscypliny sportowe. Nie ukrywam, że jest to również doskonały pretekst do testowania naszych ubrań. Ostatnimi czasy sprawdzam, jak wypadają na lekcjach tenisa. I co tu dużo mówić, perfekcyjnie zdają egzamin!

Jak rozwijała się Wasza marka? Od czego zaczynałyście?

Malina i Kaja: Od zera. Najpierw chciałyśmy otworzyć szkołę pole dance, ale jakbyśmy tego nie liczyły, nie miałyśmy na to funduszy. Jednak pojawiła się już na tym etapie nazwa. Zabrzmi to zapewne dosyć infantylnie, ale przyśniła się ona Kai. Zakładamy, że to spolszczenie angielskiego czasownika MOVE (ruszać się), ale ciężko było wrócić do snu i dopytać o szczegóły, więc po prostu przyjmujemy, że tak jest (śmiech). Na jakiś czas odpuściłyśmy jednak temat. Niedługo po tym pomyśle pojawił się temat ubrań sportowych. Obie czułyśmy niedosyt, że nie możemy mieć tego, czego potrzebujemy. Zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym kierujemy się bardzo prostą filozofią. Jak bardzo czegoś pragniesz, to to zrób. I to właśnie były początki MUUV.

Czytaj również: PUMA niemalże podwaja zyski, tylko kim jest klient tej marki w Polsce?

Co było dla Was najtrudniejsze?

Malina: Permanentny brak czasu. Obie pracowałyśmy na pełen etat, miałyśmy dodatkowe, freelancerskie zlecenia, codziennie trenowałyśmy i do tego rozkręcałyśmy firmę. Pracowałyśmy od rana do nocy, robiąc kilkanaście rzeczy naraz w bardzo szybkim tempie. Do szwalni jeździłyśmy przed pracą, a trzeba to otwarcie powiedzieć, że obie nie należymy do rannych ptaszków. W trakcie drogi do niej podejmowałyśmy ważne decyzje biznesowe. Potem regularna praca. Posty na social media powstawały w trakcie przerwy obiadowej, pierwsze zamówienia pakowałyśmy nocą. Wiecznie nosiłyśmy belki, odszycia, elementy dekoracyjne na targi, przewoziłyśmy po całym mieście, wysyłałyśmy i notorycznie wisiałyśmy na telefonie. Z podwykonawcami umawiałyśmy się na odbiór o dziwnych porach i w nietypowych miejscach. To był bardzo zwariowany i intensywny czas, ale obie wspominamy go z bardzo dużym sentymentem i dumą, bo wszystko robiłyśmy same.

Kaja: Jak na to nie patrzeć to w sumie niewiele się zmieniło. Poza tym, że pracy jest jeszcze więcej i do naszej ekipy dołączyła 4-miesięczna Antosia i pies Steven.

Fot. Sonia Szóstak

Jak dzielicie się obowiązkami związanymi z prowadzeniem firmy?

Kaja: Myślę, że odpowiedź, którą udzielimy będzie wiarygodna tylko dla osób, które nas znają. Nie dzielimy się. U nas w duecie wszystko przychodzi naturalnie. Nie mamy określonych obszarów, za które jesteśmy odpowiedzialne. Co jakiś czas zdajemy sobie sprawę z tego, że to jest niemożliwe, żeby spotkać osobę, która jest niemal dokładnie twoją kopią. Ma ten sam styl działania, te same potrzeby, taki sam gust i tryb życia. Śmiejemy się, że nie zgadzamy się tylko w kwestii mężczyzn, psów i jedzenia. Obie razem działamy jak jeden doskonale skalibrowany mechanizm. Uwielbiamy ze sobą spędzać czas i to też się przekłada na życie zawodowe. Razem jesteśmy w stanie przenosić góry, wzajemnie się nakręcamy i inspirujemy.

Malina: Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych może to brzmieć jak puste słowa, ale Kaja to jedna z piękniejszych „rzeczy”, które mnie spotkały w życiu. Nie chcę nawet wiedzieć jakby wyglądało moje życie bez niej. Wszystko tak naprawdę robimy razem, bo właśnie to, że jesteśmy we dwie sprawia nam najwięcej radości. Nikt nie zrozumie naszych sukcesów, nawet tych małych, jak my same. Kiedyś kolega, któremu gratulowałam własnej, bardzo prosperującej firmy odpowiedział mi: wiesz, ale ja nie mam z kim dzielić tej radości. Ja nie mam takiej swojej Kai. I to prawda, nikt nie ma, i co więcej, nikomu jej nie oddam.

To, że tak dobrze się rozumiecie i macie do siebie zaufanie jest wielkim plusem w biznesie, ale z drugiej strony czy kontakty na polu prywatnym nie rozpraszają Was czasem podczas pracy? 

Malina i Kaja: Może by to było problemem, gdybyśmy oddzielały pracę od życia prywatnego, ale nie mamy takiej potrzeby. Nie postrzegamy MUUV. w kategoriach tradycyjnej pracy, tylko robimy to z zajawki i dla przyjemności, dlatego jak się spotykamy czy rozmawiamy odnośnie MUUV. nie ma potrzeby dyscypliny pracy. Wydaje mi się, że bardziej męczące jest to dla naszego otoczenia, bo cały czas jedną nogą jesteśmy w MUUV. i jak się nie widzimy to wiecznie wisimy na Massengerze lub na telefonie i żyjemy w swoim świecie.

Fot. Sonia Szóstak

Tak sobie myślę, że prowadzenie marki modowej jest ciężką pracą, a zajmowanie się odzieżą sportową jeszcze trudniejszą. Co trzeba robić, aby wciąż zaskakiwać swoje klientki, projektować ubrania, które sprawdzą się podczas aktywności i takie które chce się nosić nawet poza siłownią? Jak to wszystko połączyć?

Malina i Kaja: Rzeczywiście, pozornie może się wydawać, że połączenie tego wszystkiego nie należy do najłatwiejszych rzeczy. Prawda jest jednak taka, że w naszym przypadku to działa, ponieważ obydwie jesteśmy bezkompromisowe. Nasze ubrania są nie tylko estetyczne, ale w kwestii technicznej zawsze są dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Dobieramy pozornie nieistotnie dodatki, które decydują o funkcjonalności naszych ubrać. Przykładowo gumy, zupełnie niewidoczne na pierwszy rzut oka, robimy na specjalne zamówienie tak, by zapewnić komfort i trzymanie nawet przy najbardziej wysiłkowych sportach. W kuluarach powstało dużo więcej modeli, niż te, które są dostępne w sprzedaży. Część z nich, pomimo tego że estetycznie były naszymi faworytami, nie ujrzało światła dziennego, ponieważ nie spełniały naszych wymagań dotyczących komfortu. Ciężko się z takim modelem pożegnać, jednak to finalna satysfakcja klientek jest dla nas najważniejsza. Nigdy nie poszłyśmy na kompromis w kwestii funkcjonalności. Wydaje nam się, że to właśnie ta autentyczność stoi za sukcesem naszej marki. Robimy ubrania, które same chcemy nosić, na treningu czy poza nim.

Czy piszą do Was klientki i podsuwają Wam jakieś pomysły dotyczące Waszych ubrań? Czy tylko Wy jesteście ich kreatorkami i testerkami?

Malina i Kaja: Jasne. Mało tego, zawsze z uwagą ich słuchamy. Klientki nie podsyłają nam pomysłów dotyczących samych modeli – to nasza praca. Jednak każdy komentarz czy wiadomość dotycząca kwestii technicznych (np. rozmiarów) zawsze jest brana pod uwagę. W ostatniej kolekcji doszedł nowy rozmiar biustonoszy: BIG CUP dla osób, które mają niewielki obwód pod biustem, ale dużą miseczkę. Fakt, że ten rozmiar się pojawił wynika z tego, że klientki zgłaszały nam ten problem.

Porównując czas, kiedy zaczynałyście z dniem dzisiejszym: jak oceniłybyście rynek mody sportowej w Polsce?

Malina i Kaja: Różnica jest kolosalna. Gdy zaczynałyśmy, ten rynek był pełny krzykliwej, jaskrawej, niekoniecznie kobiecej odzieży. Na przestrzeni kilku lat to się zmieniło, marki zaczęły kierować się w zupełnie inną stronę. Nie martwi nas to jednak, nadal jesteśmy krok do przodu. Fakt, że od samego początku przykładamy ogromną uwagę do jakości wykonania, poczucia komfortu i estetyki procentuje.

Obserwując Wasze social media można stwierdzić jedno: Wasze klientki są pełne pasji, są silne, aktywne i lubią wyzwania. Zbudowałyście wokół siebie społeczność i z pewnością poznałyście wiele fantastycznych osób.

Malina i Kaja: Nie będziemy ukrywać, że nasze klientki to jeden z sukcesów, z których jesteśmy najbardziej dumne. To nie jest, jak to się ładnie w żargonie marketingowym określa, grupa targetowa kobiet powyżej któregośtam roku życia, z jakiegośtam regionu, które potencjalnie mogłyby kupić produkt, który oferuje nasza marka. Nasze klientki to #muuvgirls, to dziewczyny z zajawką, multitaski, które prowadzą bardzo szybkie i aktywne życie, spełniając się przy tym. Na porządku dziennym są dla nas zdjęcia, które dostajemy od naszych klientek nie tylko z siłowni, ale ze szczytu góry w Austrii czy znad wody w Wietnamie. Zaskakujące było dla nas to, jak dobrze rozumieją, co nas kręci i że ma to coś wspólnego z przekraczaniem własnych granic. Tworząc MUUV. nie miałyśmy pojęcia, jak dużo jest w Polsce dziewczyn takich jak my.

Fot. Sonia Szóstak

Czy Wasza najnowsza kolekcja TUMBLR GRLS także powstała z potrzeby wynikającej z braku odpowiednich kostiumów kąpielowych na rodzimym rynku?

Malina i Kaja: Właściwie to tak. Jesteśmy pokoleniem, które inspiruje się mediami społecznościowymi. Wychowane na Tumblrze czy Instagramie, mamy przed oczami te piękne dziewczyny, niezwykłe wakacyjne miejsca, aranżacje i te wyglądające na „zagraniczne” kostiumy kąpielowe, powycinane tak, by eksponować kobiece atuty. Oczywiście wszystkie w stonowanej kolorystyce, w minimalistycznych krojach. Każda z nas, zainspirowana tymi zdjęciami zwykle rusza do sklepów, szuka w Internecie i jedyne co znajduje, to stroje kąpielowe w krzykliwych kolorach, z nadrukami, wykonane z mało jakościowych materiałów, z tandetnymi dodatkami i, na domiar złego, w mocno zabudowanych krojach. Myślą przewodnią przy pracy nad nową kolekcją TUMBLR GRLS, było stworzenie strojów kąpielowych, które można wreszcie kupić, a nie tylko oglądać na zdjęciach w Internecie.

Te projekty są bardzo kobiece i z pewnością umilą lato niejednej dziewczynie. Jak powstawały te kostiumy?

Malina i Kaja: Inspiracje czerpałyśmy z własnych potrzeb. Tak jak powodem powstania pierwszej kolekcji strojów kąpielowych było to, że Malina nie miała kostiumu kąpielowego, gdy wyjeżdżałyśmy na wspólną podróż na Sri Lankę, tak teraz chciałyśmy pójść o krok dalej. Kostiumy już były, typowo sportowe. Brakowało nam czegoś bardziej odważnego. Skupiłyśmy się więc na stworzeniu modeli, które będą podkreślać atuty, a chować mankamenty. Nasze biustonosze, na przykład, mimo, iż nie posiadają usztywnień (które sprawiają, że model staje się wizualnie masywny), doskonale kształtują i trzymają biust.

Jakie wyzwania stawiacie sobie w najbliższej przyszłości?

Malina i Kaja: Na to pytanie ciężko odpowiedzieć. Nie mamy długoterminowych planów rozwoju, wykresów i tabelek. U nas to jest tak, że jak wymyślimy coś, czego nie da się zrobić, to patrzymy na siebie przez chwilę, a potem któraś mówi: no ok, zróbmy to. No i robimy.

Rozmawiała: Tatiana Zawrzykraj

Czytaj również: OPINIE: Branża mody jest pełna hipokryzji… i może właśnie dlatego kuleje